Następny rozdział

Jak skończę Drakulę i Dziady to może coś się pojawi.

sobota, 14 września 2013

Rozdział Drugi - Powroty



 Pamiętam ten dzień, w którym się poznaliśmy. Ta głucha cisza w mojej głowie, w moim sercu, tylko mój wzrok utkwiony w jeden punkt, słaby punkt. W ciebie. Nasze spojrzenia przechodzące prądem. Mogło być jak w tych tanich filmach, mogliśmy zostawić wszystko i spotkać się w środku tłumu, ale tego nie zrobiliśmy. Wzrok utkwiony głęboko w nas, bliski i jednocześnie odległy. Spotkaliśmy się potem w czasie przerwy, w toalecie. I chociaż pod sceną skandowali, choć domagali się gry, nie było takiej siły, która by nas wtedy rozdzieliła. Nie była to zwykła namiętność ani czcze pożądanie. To wtedy, to była miłość.
Chciałbym cofnąć czas i do tego nie do puścić.

***

Dudnienie kół obijało się w jego uszach, zakłócając błogą ciszę panującą w samochodzie. Giovanni nienawidził radia, a do tego był dziwnie osowiały. Od kiedy wjechali w granice stanu Wisconsin nie odezwał się ani słowem. Jeśli nieznający sytuacji obserwator porównałby jego obecne zachowanie do tego, które serwował wszystkim na co dzień, mógłby spokojnie stwierdzić, że najpewniej ktoś go podmienił. Ale nic z tych rzeczy, i Gerard dobrze o tym wiedział. Giovanni był po prostu bardzo empatyczny.
Przypadł czoło do zimnego okna i spojrzał w gąszcz pędzących drzew. Czuł ten nastrój, to miejsce, ten czas. Nie chciał nigdy do tego wracać. Dawno, nieprawda. Poza tym, teraz nie była to prosta wyprawa mająca na celu wybadać zwykły gang handlujący narkotykami. Obecnie grali o znacznie większą stawkę, nie o jakieś małe, i tak upadające miasteczko tylko o całe Stany Zjednoczone, jeśli i nie cały świat. To zdecydowanie ważniejsze, niż wygasłe trzy lata wcześniej znajomości. Liczyło się tu i teraz. Każdy, nawet najdrobniejszy trop mógł przyczynić się do zwycięstwa. Ale gdyby nawet miał teraz ratować całą galaktykę, to czy nie czułby się tak samo? To uczucie, dziwne, stare, o którym myślał, że zapomniał, nasilało się z każdym przejechanym metrem. 
Giovanni skręcił z krajowej 45 na asfaltową Gagen Road. Westchnął. W oddali, z pomiędzy drzew wystawały pierwsze budynki. Od samego patrzenia Gerardowi drżały ręce.
- Gerd, słuchaj-
- Nieważne, Giovanni. - przerwał, wpatrując się tępo w las. Wieczny uśmiech zszedł mu z twarzy, choć ze wszystkich sił próbował się opanować. - Cokolwiek to kiedyś było, teraz tego nie ma. Poza tym, mamy sprawę.
Giovanni pokiwał głową. Dojeżdżali do mostku na Twin Lake Creek.
- A zamierzasz-
- Nie. - rzucił ozięble, mrożąc Giovanniego wzrokiem. Ten podniósł jedną rękę w geście kapitulacji.
- Dobra. Ale mówiłeś, że zamierzasz spotkać się z Trash Looks, co nie? - w głosie Giovanniego można było wyczuć lekkie rozbawienie. - Nie uważasz, że to rozdrapywanie ran jest bezsensowne?
- Nie. - Gerard Way mistrz konkretnych odpowiedzi. Zajęło mu kilka sekund, aby znowu podjąć rozmowę. - A nawet jeśli, to nic nie znaczy. Po prostu.. - zawahał się - może by mi ulżyło, gdybym coś wiedział. I tyle. A do tego, mogą.. nie, mają znajomości z dilerami, a wtedy to wszystko pójdzie dalej. Bez podejrzeń.
Ach taaak, pomyślał Giovanni, jednak nie chciał drążyć tematu. Prawdę mówiąc wiedział, do czego to się sprowadzało.
Wrócił wzrokiem do drogi.
Pół kilometra przed nimi Hollow Town otwierało swoje ramiona.

***

Jeśli wierzyć ostatniemu badaniu, w Hollow Town zameldowanych było pięć tysięcy dziewięćset dwudziestu czterech mieszkańców. Jednak gdyby ktoś brał je na poważnie, to po przybyciu nieźle by się zdziwił. Hollow Town, od jakiś czterdziestu lat, czyli końca swojej świetlanej epoki, wyniszczało i sprowadziło na swoje tereny znaczne ilości zarówno nielegalnych emigrantów jak i wielu trudniących się w niepublicznych robotach, więc wiadomym było, że ich liczba, nieważne jak duża, nie została dodana do badania. Na oko Gerarda, na chwilę obecną, mogło być tu od ośmiu do jedenastu tysięcy ludzi, szczególnie, że było po sezonie. Zwykle miasteczko przymierało od października do marca, a potem na nowo zyskiwało ducha poprzez młodzież pragnącą ucieczki od rzeczywistości w znanych, acz nie cieszących się dobrą sławą, klubach nocnych i barach.
Nic a nic się nie zmieniło od ich ostatniej wizyty. Może w niektórych miejscach odpadł tynk, a co niektóre budynki popadły w znacznie większą ruinę, ale nadal było to szare i pochmurne Hollow Town.
Gerard przetarł oczy, wstając z łóżka i spoglądając za hotelowe okno. Dochodziła osiemnasta, nad miastem panował już prawie pełny mrok. Nie miał ochoty wstawać, choć prawdę mówiąc najchętniej w ogóle by się nie kładł. Nie w Hollow Town. Przytłaczało go.
Te trzy lata wcześniej, to wtedy, gdyby nie..
Usłyszał pukanie i zanim się obejrzał, Giovanni siedział już na fotelu w jego pokoju.
- Nawet udało cię znaleźć niezłe miejsce. - stwierdził beznamiętnie, patrząc się na partnera.
- A owszem, owszem. - ucieszył się Gio, wyciągając z kieszeni notes i paczkę papierosów. - Mają nawet szybkie złącze internetowe. Szykuje się-
- Proszę, nie, tylko nie to. - schował twarz w dłoniach. - Ja się wypisuję.
- A myślałem, że lubisz dwuwymiarowe cycuszki. - Gerard w odpowiedzi tylko przewrócił oczami. - Mniejsza o to. - dodał Gio, podpalając papierosa. - Ptaszki mi wyćwierkały, że Black Clover.
Poczuł kolejne niezbyt przyjemne ukłucie w sercu. Kolejna pieśń przeszłości.
Pamiętał ten koncert, trzy lata temu, ten głos niesiony przez głośniki i solówki perkusji. Pamiętał spocone ciała skaczących ludzi, pamiętał głuchy dźwięk basu i ostrze gitarowe solówki. Pamiętał, jak bardzo mu się ta muzyka nie podobała, ale tak samo pamiętał, jak nie mógł oderwać oczu, jak jego serce stało w miejscu, a każdemu dźwiękowi towarzyszyła cisza. Głucha cisza wewnątrz jego głowy, wewnątrz jego stojącego serca, pomiędzy jego oczami wpatrzonymi w jeden punkt, ten czuły punkt, który
- Haaalo, zieeemiaa! - Giovanni pochylał się jakieś piętnaście centymetrów nad jego twarzą. Wyglądał na lekko zaniepokojonego, ale jednocześnie rozbawionego. Prychnął, odsuwając się. - Trza było powiedzieć Lottie albo Trevorowi, żeby się tym zajęli. Ty się totalnie do tego nie nadajesz. - teatralnie złapał się za głowę, lecz ku zdziwieniu Gerarda, nie dopowiedział żadnego mądrego słowa.
- Sorry. Dam radę. - uśmiechnął się słabo. Nieprzekonująco. - To przez to miejsce, ale dam radę. Serio.
Giovanni nie wyglądał na przekonanego. Cóż, skoro Gerard nie umiał przekonać samego siebie, to jemu tego kitu tym bardziej nie wciśnie.
- Jak wolisz. - Giovanni zgasił papierosa o parapet, zostawiając na nim kupkę popiołu. - Mniejsza o to. Lepiej się zbieraj. Idziemy za piętnaście minut.
- Huh?
- Idziemy za piętnaście minut.

***

Black Clover wyglądało dokładnie tak samo. Może trzy lata to niewiele, ale nie pojawiła się żadna nowa, zauważalna rysa, a z fasady nie ubyło ani jednej cegły.
Klub, czy może raczej pub, zrobiony był w starej fabryce, zbudowanej z cegły, z dużymi, zakurzonymi, zakratowanymi oknami. Miał być to zabieg stylistyczny mający oddać swego rodzaju mrok budynku, lecz nawet bez tego, poziom zaniedbania był tak wielki, że na pierwszy rzut oka wyglądał, jakby za chwilę miał runąć. Kraty były więc zbędne, dziwne, że nikt ich jeszcze nie usunął.
- Wchodzę teraz, ty wejdziesz za pięć minut, z drugiej strony. - powiedział od niechcenia do Giovanniego. Ten tylko skinął głową. - Prawdopodobnie będę rozmawiał z Trash Looks, więc usiądź jakieś dwa trzy stoliki ode mnie, o ile będą wolne. Nie sądzę, aby zrobiło się niebezpiecznie, to nie są tacy ludzie, bardziej obawiałbym się kogoś z otoczenia. Zanim wyjdę, pójdę zapalić. Jak wrócę do środka, ty masz wyjść. Zrozumiałeś?
- Oui, Monsieur.
- Tylko tyle francuskiego nauczyłeś się z anime?
- Oui!
Gerard przewrócił oczami i ruszył do przodu. Palcami zaczesał włosy do tyłu, i poluzował lekko pasek, pozwalając spodnią lekko opaść. Przechodząc przejrzał się w lustrze. Czy wyglądał wystarczająco niechlujnie?
Wszedł do środka, od razu omiatając wszystko wzrokiem Ustawienie stołu zmieniło się odrobinę, ale nadal stosowali ten sam, stary, trzeszczący zestaw stołów w szachownicę i czarnych krzeseł. Scena wciąż mieściła się w lewym kącie, dokładnie naprzeciwko baru. Dawniej co sobotę w Black Clover odbywały się koncerty bardziej lub mniej znanych grup lub solistów, których talent był równie wielki, co brud pod paznokciem. Mimo to cieszyły się dość dobrą popularnością, wyjątkowo dobrą jak na Hollow Town.
Dziś nie grał nikt. Pub podupadał.
Przeszedł się pewnym krokiem do baru i zamówił jedno piwo. Kątem oka zerknął na stolik w kącie. Uśmiechnął się do siebie.
Jak przewidział, był zajęty.
Trash Looks siedzieli całą ekipą przy swoim stoliku, ciągnąc co najmniej trzecią kolejkę piwa. Ale to dobrze, będą trochę bardziej skłonni do rozmowy. Tylko że.. jedno miejsce zajmował ktoś inny, niż powinien. Nie, nie czas na czarne myśli, nie wolno ci się speszyć.
Zapłacił za dużego Becka i teraz niepewnym, szukającym wolnego miejsca krokiem, ruszył w ich kierunku. Po drodze zauważył jeden wolny stolik, ale nie, to nie tu chciał siedzieć. Podszedł do stolika Trash Looksów, i rozejrzał się, jakby nie mógł dostrzec niczego wolnego. Teatralnie obrócił się na pięcie, dalej niby to poszukując wolnego miejsca. Jak przewidział, jeden z członków zwrócił na niego uwagę i zaczął mu się przyglądać. Gerard spotkał się z nim wzrokiem, i wtedy, jakby jakaś szatańska siła zesłała na niego całą wiedzę świata, rozdziawił usta i wydał dziwny, niezidentyfikowany dźwięk, coś pomiędzy jękiem a westchnieniem dzikiej fanki.
- O Boże, przecież wy to Trash Looks! - powiedział piskliwie, lecz wyszło naprawdę naturalnie. Na twarzy członku wykwitł uśmiech typu skromny, ale nie do końca. - Jejku, nie wiedziałem, że można was tu spotkać!
- Ach ziomek, żadne z nas celebriti. - rzucił Josh. Perkusista, dwadzieścia sześć lat, blond irokez, paniczny strach przed igłami. Machnął ręką, lecz wyglądał na pocieszonego. - Może się dosiądziesz?
- Z chęcią! - czuł się jak idiota mówiąc tak rozochoconym tonem, lecz jak mus to mus. Postawił swoje piwo na stoliku i sięgnął po pierwsze wolne krzesło. - Naprawdę, nie wierzę własnym oczom!
- Wazeliniarz! - rzuciła ze śmiechem Rose, jednocześnie uderzając go pięścią w ramię. Rose była dziewczyną wokalisty, Mike'a. Jeśli go pamięć nie myliła, a nigdy nie myliła, była z nim od jakiś pięciu lat.
Gerard w geście sprzeciwu lekko uniósł otwarte dłonie i pochylił głowę.
- Gdzie tam, po prostu nie sądziłem, że będę mógł was jeszcze kiedyś spotkać.
- Spotkaliśmy się kiedyś? - Simon, gitara rytmiczna, jak zwykle po procentach bawił się w detektywa. Jednak chyba jego punkowa natura i zamiłowanie do jaboli trochę tę zabawę spowolniło. - I w ogóle, jak się nazywasz?
Gerard upił łyk piwa i uśmiechnął się do niego szeroko.
- Jestem Andy, byłem na kilku waszych koncertach, trzy lata temu. - zauważył, że ich twarze lekko tężeją. Niedobrze. Coś było w powietrzu i Gerard mocno to wyczuł. Coś związanego z - W każdym razie, przyjechałem tu myśląc, że może nadal gracie, widziałem nowy kawałek na My Space i-
- Jak miiiiło, że ktoś chce nas słuchać. - wtrącił nowy członek, którego Gerard nie znał sprzed trzech lat. Wyciągnął do niego rękę. - Jestem Eric i gram na gitarze.
- Świetne solówki. - powiedział, uśmiechając się do niego uroczo. Przytrzymał jego rękę chwilę dłużej niż standardowo. Chłopak nie protestował. Oooo..
- Wiesz.. - zaczął Josh, opierając się o oparcie i patrząc w sufit. - Eric jest naszą nową nadzieją, bośmy się zapuścili przez te trzy lata. I teraz możemy znowu zacząć z młodzieńczą energią i kurwa zalecimy wysoookooo.
- Słodki Jezu, jak nic! - dodał Simon, kiwając mądrze głową. Był mocno wcięty. - Będziemy drugim Kennedym, z Deadów, i będziem robić seksy z pistolami, o tak.
- Simo, ale to było inaczej.. - próbował wtrącić Eric, jednak nie umiał się przebić. Chyba wcześniej wspomniana młodzieńcza energia nie odnosiła się niego.
- A tak w ogóle, Andy, kogoś mi przypominasz. - rzuciła ni stąd ni zowąd Rose.
- Raz z wami rozmawiałem za kulisami. - Gerard poczuł się trochę niepewnie. Nie powinna niczego pamiętać. - Chłopaki podpisali mi nawet płytę i-
- Skąd jesteś? - no proszę, czyżby Giovanni o niej zapomniał.
- Z Bostonu.
- Na pewno?
- Tak. - jej zabawa w detektywa była znacznie lepsza niż Simona, lecz równie komiczna. Mało brakowało a wybuchłby śmiechem. - Ale urodziłem się w Lewiston.
Zmierzyła go znaczącym wzrokiem, lecz po chwili się rozpromieniła.
- A nie, bo miałam wrażenie, że.. nie ważne.
Miałaś wrażenie, że jestem Gerardem, nie żadnym Andym, prawda?
- Oj Rooosee, przestań i lepiej skiknij po browary, bo mi się skończył! - mruknął Simon, a małomówny Mike mu zawtórował. Dziewczyna prychnęła i odeszła z kilkoma pustymi szklankami.
Gerard odprowadził ją wzrokiem, przy okazji zauważając siedzącego niedaleko Giovanniego. Skinął na niego nieznacznie głową, a Gerard posłał mu ledwo zauważalne oczko. 

- A tak w ogóle, Andy, coś oprócz gitary ci się podoba w nowej piosence? - zapytał Josh. Oczywiście chciał usłyszeć komplement, który Gerard zgrabnie sfałszuje. Tak naprawdę nigdy nie przesłuchałby ich piosenki, gdyby nie musiał.
- Podoba mi się rytm. Dobry do pogo.
- No nie że?
- Tak. - dorzucił Eric, cały czas patrząc się na Gerarda dużymi, maślanymi oczami. Ten rzucił mu subtelny uśmiech.
- Ano. Chętnie usłyszałbym więcej. - Trash Looks wyglądali na nieźle zasmolonych. To dobrze, zaraz będzie mógł zapytać, ale.. o co właściwie wolał zapytać.
- A.. - zaczął Eric, lecz urwał, zanim zdążył o cokolwiek spytać. Gerard pociągnął jeszcze łyk piwa. Eric miał maksymalnie 20 lat i był bardzo dobrze wychowany bo nie stały przed nim puste szklanki. A poza tym, zdawał się trzeźwo myśleć. W miarę trzeźwo, bo nikt o zdrowych zmysłach nie przyłączyłby się do tak fatalnego zespołu.
- W ogóle, dziwię się, że tak długo czekałeś na nasz powrót. - rzucił Simon, znowu mierząc go wzrokiem mocno wyłupiastych oczu.
- Ach, tak wyszło. - zarumienił się, czując, że tak powinien. Poza tym, mieli go teraz za jednego wielkiego fana, którzy rzucałby majtkami pod sceną. Małomiasteczkowi muzycy tak lubią.
- To fajnie!
- Uhum. - popił jeszcze łyk. - Ale, jeśli wolno mi zapytać, jak to się stało, że Eric dołączył do zespołu? - znowu zapanowała dziwna, nerwowa cisza. Rose wróciła z pełnymi kuflami. - Bo.. pamiętam, że kiedyś grał tu inny ziomek.. chyba.. nazywał się Frank, prawda?
Ich twarze wyglądały, jakby ktoś im przyłożył. Wszyscy jak jeden mąż spuścili wzrok na ziemię, a Rose głośno westchnęła. Wyczuł jej napięcie, kiedy kładła piwa przed przyjaciółmi.
- Franka nie ma. - skwitowała jednym słowem. Wyglądała, jakby chciała się na niego rzucić. Przez chwilę zrozumiał, jak czuł się Jim przed Julią. - I najprawdopodobniej nie będzie.
Przyjazny nastrój prysnął i pozostała niezręczna, bolesna cisza. Gerard ciężko przełknął ślinę. Złe pytanie. Wybrał złą opcję, do jasnej cholery!
Nikt nie zamierzał się odezwać.
Czuł na sobie wzrok Giovanniego.
- Um.. Andy? - Eric podniósł się z miejsca. - Masz może fajki?
- T-taa. - odpowiedział. W sumie już nic z nich nie wydoi, więc czas się zbierać.
Poszedł za chłopakiem na zewnątrz. Eric zaprowadził go w wąską uliczkę tuż przy Black Clover. Gerard wyjął paczkę i podsunął do gitarzysty. Sam wyciągnął sobie skręta z kieszeni i odpalił. Po niebie przesuwały się szare chmury, a powietrze było zimne i śmierdzące.
- Wywalili go. - powiedział po chwili Eric, patrząc na swoje martensy. Gerard spojrzał na niego z ukosa. Nie umiał się zaciągać. Czyli wyciągnął go, żeby nie ranić przyjaciół? A może miał też inny cel?
- Kogo?
- Franka noo.
- Za co?
Eric spróbował się zaciągnąć, lecz skończył na kaszlnięciu.
- Za ćpanie.
Gerard poczuł nieprzyjemne ukłucie gdzieś w klatce piersiowej.
- J-jak to? - zająknął się, lecz od razu spokój wrócił na jego twarz. Eric wzruszył ramionami, niczego nie zauważając.
- Nie było go już w zespole, kiedy dołączyłem. - wyglądał na lekko strapionego. - Powiedzieli mi tylko zdawkowo. Ale trochę pamiętam, bo też kiedyś ich słuchałem i uwielbiałem, kiedy Frank grał. Tylko że coś z nim się stało nie tak, któregoś dnia przyszedł na koncert totalnie zaćpany i nic mu nie wychodziło, później odwołali kilka koncertów, a potem jeszcze Frank przestał przychodzić do Black Clover i w ogóle..
- Wiadomo dlaczego?
- Mnie nie. Ale pamiętam, jak kiedyś zaczęliśmy o nich mówić, a Rose rzuciła "ten cholerny Gerard". Nie rozumiałem, ale myślę, że coś się między tym Gerardem a Frankiem musiało zadziać źle.
Eric mówił to bardzo delikatnie i kokieteryjnie, przez co Gerard nie czuł aż tak wielkiej presji. Mimo to, wystarczyło, aby poczuł, jak na jego serce znowu nakładał się dziwny uścisk, który czuł za każdym razem, kiedy tylko o tym myślał.
Zerknął kątem oka na Erica. Ten przyglądał mu się w zaciekawieniu i niejakim zmartwieniu. Był uroczy. Przystojny.
- A znałeś go? - zapytał w pewnym momencie.
- Tylko troszkę, raz z nim rozmawiałem. - oparł, zerkają na chłopaka. Miał oczy jak pięć złoty od samego patrzenia jak Gerard pali głupa? Okazja nie do stracenia! Wykręcił usta w smutnym wyrazie. - Ale myślałem, że poznam go lepiej.. - odczekał. To było jak czytanie skryptu. Ericowi chyba zaświeciła się lampka w głowie.
- Pociągał cię? - spytał, dokładnie tak, jak Gerard przewidział. Podszedł go niego tak blisko, że młody gitarzysta musiał oprzeć się o ścianę.
- Owszem. - stwierdził sztywno, nie odrywając wzroku od lekko przestraszonych, i jednocześnie bardzo podnieconych oczu Erica. W tym wyrazie były wręcz śliczne. Przysunął się jeszcze trochę. Wygrałeś pan internet, agencie Way, rozbrzmiał mu w głowie głos Stephiego. Uśmiechnął się na samą myśl, a Eric odpowiednio to odebrał. - Ale ogólnie pociągają mnie gitarzyści.
Eric głośno przełknął ślinę i zaczerwienił się na twarzy. Po części przypominał mu Lottie, ale to dobrze. Bo Lottie też była dobra.
Chwycił go za szyję, przyciągając do swojej twarzy. Zetknęli się czołami. Gerard zaczął hipnotyzować go swoim wzrokiem, o dziwo, działał nawet lepiej, niżby chciał - Eric leciał na niego jak ćma do światła. Myślał, czy całując go nie spłoszy. Nie, oszczędzi to sobie. Tak na razie wystarczy..
- A..Aaaandy.. - jego głos podchodził pod sopran, chociaż Gerard przecież jeszcze nic nie zrobił. - J-ja .. j-ja.. o Boożee..
- Jeśli chcesz wzywać imię Boże, - zaczął, swego rodzaju uwodzicielskim tonem. Zbliżył swoje usta do ust Erica, ale ich nie zetknął. Dzieliły ich dosłownie milimetry, ale nie, nic więcej, bo zepsuje efekt. -to trafiłeś pod dobry adres. - wszeptał, a odpowiedź była równie oczywista co pewna.

***

- O BOŻE!
Eric stękał w bardzo dziewczęcy sposób, lecz było to na swój sposób urocze. Jego szczytująca twarz wyglądała pięknie, choć cała w rumieńcu i zalana potem.
Położył się obok, na wąskim łóżku, naciągając na siebie kołdrę i przysuwając bliżej do Gerarda. Ten otoczył go ramieniem i przycisnął do swojej piersi. Eric był wątły i niski, do tego miał bardzo, ale to bardzo delikatną skórę i przyjemny zapach. Zanurzył nos w jego włosach. Chłopak oddychał ciężko, ale w jego głosie słychać było zadowolenie. Gerardowi uśmiech sam wpłynął na usta. Czuł go, po prostu chłoną jego obecność, co było czymś dość niezwykłym jak na zwykłą przygodę. To.. wydawało mu się czymś dziwnym.
Eric powoli zasypiał, wtulony w jego ramię, z kosmykami blond włosów opadających na czoło i delikatnymi wypiekami na policzkach. Gerard pocałował go w nos i spojrzał w sufit. Było mu dobrze, tak tu, teraz, z ciałem przyciśniętym tak blisko, z tą ciepłotą, tym smakiem na ustach, tym pocie na czole i suchości w gardle. Czuł podobne uczucie jak wtedy, to kłucie w sercu i szum w uszach i suchość w gardle, jednak..
Jednak to nie było to samo.
To nie ten dotyk, którego tak pragnął. To nie ten głos, który świergotał w jego głowie. To nie ten zapach, który był lepszy niż najdroższe perfumy. To nie to ciało, to nie ta skóra, to nie to drżenie i nie ten puls.
Westchnął. To wciąż nie ty,

- Frank..



Powiedzmy, że chciałam wrzucić. Za komentarze się nie obraże, ale traktujcie to jako kawałek ciasta ode mnie. Ach, Giovanni jest taki otakurwisty ♥u♥