Pamiętam ten dzień, w którym się
poznaliśmy. Ta głucha cisza w mojej głowie, w moim sercu, tylko
mój wzrok utkwiony w jeden punkt, słaby punkt. W ciebie. Nasze
spojrzenia przechodzące prądem. Mogło być jak w tych tanich
filmach, mogliśmy zostawić wszystko i spotkać się w środku
tłumu, ale tego nie zrobiliśmy. Wzrok utkwiony głęboko w nas,
bliski i jednocześnie odległy. Spotkaliśmy się potem w czasie przerwy, w
toalecie. I chociaż pod sceną skandowali, choć domagali się gry,
nie było takiej siły, która by nas wtedy rozdzieliła. Nie była
to zwykła namiętność ani czcze pożądanie. To wtedy, to była miłość.
Chciałbym cofnąć czas i do tego nie do puścić.
***
Dudnienie kół obijało się w jego
uszach, zakłócając błogą ciszę panującą w samochodzie.
Giovanni nienawidził radia, a do tego był dziwnie osowiały. Od
kiedy wjechali w granice stanu Wisconsin nie odezwał się ani
słowem. Jeśli nieznający sytuacji obserwator porównałby jego
obecne zachowanie do tego, które serwował wszystkim na co dzień,
mógłby spokojnie stwierdzić, że najpewniej ktoś go podmienił.
Ale nic z tych rzeczy, i Gerard dobrze o tym wiedział. Giovanni był
po prostu bardzo empatyczny.
Przypadł czoło do zimnego okna i
spojrzał w gąszcz pędzących drzew. Czuł ten nastrój, to
miejsce, ten czas. Nie chciał nigdy do tego wracać. Dawno, nieprawda. Poza tym, teraz nie była to prosta wyprawa mająca na
celu wybadać zwykły gang handlujący narkotykami. Obecnie grali o
znacznie większą stawkę, nie o jakieś małe, i tak upadające
miasteczko tylko o całe Stany Zjednoczone, jeśli i nie cały świat.
To zdecydowanie ważniejsze, niż wygasłe trzy lata wcześniej
znajomości. Liczyło się tu i teraz. Każdy, nawet najdrobniejszy
trop mógł przyczynić się do zwycięstwa. Ale gdyby nawet miał teraz ratować całą galaktykę, to czy nie czułby się tak samo? To uczucie, dziwne, stare, o którym myślał, że zapomniał, nasilało się z każdym przejechanym metrem.
Giovanni skręcił z krajowej 45 na
asfaltową Gagen Road. Westchnął. W oddali, z pomiędzy drzew
wystawały pierwsze budynki. Od samego patrzenia Gerardowi drżały
ręce.
- Gerd, słuchaj-
- Nieważne, Giovanni. - przerwał,
wpatrując się tępo w las. Wieczny uśmiech zszedł mu z twarzy, choć ze wszystkich sił próbował się opanować. -
Cokolwiek to kiedyś było, teraz tego nie ma. Poza tym, mamy sprawę.
Giovanni pokiwał głową. Dojeżdżali
do mostku na Twin Lake Creek.
- A zamierzasz-
- Nie. - rzucił ozięble, mrożąc
Giovanniego wzrokiem. Ten podniósł jedną rękę w geście
kapitulacji.
- Dobra. Ale mówiłeś, że
zamierzasz spotkać się z Trash Looks, co nie? - w głosie
Giovanniego można było wyczuć lekkie rozbawienie. - Nie uważasz, że to rozdrapywanie ran jest bezsensowne?
- Nie. - Gerard Way mistrz konkretnych
odpowiedzi. Zajęło mu kilka sekund, aby znowu podjąć rozmowę. -
A nawet jeśli, to nic nie znaczy. Po prostu.. - zawahał się - może
by mi ulżyło, gdybym coś wiedział. I tyle. A do tego, mogą..
nie, mają znajomości z dilerami, a wtedy to wszystko pójdzie
dalej. Bez podejrzeń.
Ach taaak, pomyślał Giovanni,
jednak nie chciał drążyć tematu. Prawdę mówiąc wiedział, do
czego to się sprowadzało.
Wrócił wzrokiem do drogi.
Pół kilometra przed nimi Hollow Town
otwierało swoje ramiona.
***
Jeśli wierzyć ostatniemu badaniu, w
Hollow Town zameldowanych było pięć tysięcy dziewięćset
dwudziestu czterech mieszkańców. Jednak gdyby ktoś brał je na
poważnie, to po przybyciu nieźle by się zdziwił. Hollow Town, od
jakiś czterdziestu lat, czyli końca swojej świetlanej epoki, wyniszczało
i sprowadziło na swoje tereny znaczne ilości zarówno nielegalnych
emigrantów jak i wielu trudniących się w niepublicznych robotach,
więc wiadomym było, że ich liczba, nieważne jak duża, nie
została dodana do badania. Na oko Gerarda, na chwilę obecną, mogło
być tu od ośmiu do jedenastu tysięcy ludzi, szczególnie, że było
po sezonie. Zwykle miasteczko przymierało od października do marca,
a potem na nowo zyskiwało ducha poprzez młodzież pragnącą
ucieczki od rzeczywistości w znanych, acz nie cieszących się dobrą
sławą, klubach nocnych i barach.
Nic a nic się nie zmieniło od ich
ostatniej wizyty. Może w niektórych miejscach odpadł tynk, a co
niektóre budynki popadły w znacznie większą ruinę, ale nadal
było to szare i pochmurne Hollow Town.
Gerard przetarł oczy, wstając z
łóżka i spoglądając za hotelowe okno. Dochodziła osiemnasta,
nad miastem panował już prawie pełny mrok. Nie miał ochoty
wstawać, choć prawdę mówiąc najchętniej w ogóle by się nie
kładł. Nie w Hollow Town. Przytłaczało go.
Te trzy lata wcześniej, to wtedy, gdyby nie..
Usłyszał pukanie i zanim się
obejrzał, Giovanni siedział już na fotelu w jego pokoju.
- Nawet udało cię znaleźć niezłe
miejsce. - stwierdził beznamiętnie, patrząc się na partnera.
- A owszem, owszem. - ucieszył się
Gio, wyciągając z kieszeni notes i paczkę papierosów. - Mają
nawet szybkie złącze internetowe. Szykuje się-
- Proszę, nie, tylko nie to. -
schował twarz w dłoniach. - Ja się wypisuję.
- A myślałem, że lubisz dwuwymiarowe
cycuszki. - Gerard w odpowiedzi tylko przewrócił oczami. - Mniejsza
o to. - dodał Gio, podpalając papierosa. - Ptaszki mi wyćwierkały,
że Black Clover.
Poczuł kolejne niezbyt przyjemne
ukłucie w sercu. Kolejna pieśń przeszłości.
Pamiętał ten koncert, trzy lata
temu, ten głos niesiony przez głośniki i solówki perkusji.
Pamiętał spocone ciała skaczących ludzi, pamiętał głuchy
dźwięk basu i ostrze gitarowe solówki. Pamiętał, jak bardzo mu
się ta muzyka nie podobała, ale tak samo pamiętał, jak nie mógł
oderwać oczu, jak jego serce stało w miejscu, a każdemu dźwiękowi
towarzyszyła cisza. Głucha cisza wewnątrz jego głowy, wewnątrz
jego stojącego serca, pomiędzy jego oczami wpatrzonymi w jeden
punkt, ten czuły punkt, który
- Haaalo, zieeemiaa! - Giovanni
pochylał się jakieś piętnaście centymetrów nad jego twarzą.
Wyglądał na lekko zaniepokojonego, ale jednocześnie rozbawionego.
Prychnął, odsuwając się. - Trza było powiedzieć Lottie albo
Trevorowi, żeby się tym zajęli. Ty się totalnie do tego nie
nadajesz. - teatralnie złapał się za głowę, lecz ku zdziwieniu
Gerarda, nie dopowiedział żadnego mądrego słowa.
- Sorry. Dam radę. - uśmiechnął
się słabo. Nieprzekonująco. - To przez to miejsce, ale dam radę.
Serio.
Giovanni nie wyglądał na
przekonanego. Cóż, skoro Gerard nie umiał przekonać samego siebie, to jemu tego kitu tym bardziej nie wciśnie.
- Jak wolisz. - Giovanni zgasił
papierosa o parapet, zostawiając na nim kupkę popiołu. - Mniejsza
o to. Lepiej się zbieraj. Idziemy za piętnaście minut.
- Huh?
- Idziemy za piętnaście minut.
***
Black Clover wyglądało dokładnie
tak samo. Może trzy lata to niewiele, ale nie pojawiła się żadna
nowa, zauważalna rysa, a z fasady nie ubyło ani jednej cegły.
Klub, czy może raczej pub, zrobiony
był w starej fabryce, zbudowanej z cegły, z dużymi, zakurzonymi,
zakratowanymi oknami. Miał być to zabieg stylistyczny mający oddać
swego rodzaju mrok budynku, lecz nawet bez tego, poziom zaniedbania
był tak wielki, że na pierwszy rzut oka wyglądał, jakby za chwilę
miał runąć. Kraty były więc zbędne, dziwne, że nikt ich
jeszcze nie usunął.
- Wchodzę teraz, ty wejdziesz za pięć
minut, z drugiej strony. - powiedział od niechcenia do Giovanniego.
Ten tylko skinął głową. - Prawdopodobnie będę rozmawiał z
Trash Looks, więc usiądź jakieś dwa trzy stoliki ode mnie, o ile
będą wolne. Nie sądzę, aby zrobiło się niebezpiecznie, to nie
są tacy ludzie, bardziej obawiałbym się kogoś z otoczenia. Zanim
wyjdę, pójdę zapalić. Jak wrócę do środka, ty masz wyjść.
Zrozumiałeś?
- Oui, Monsieur.
- Tylko tyle francuskiego nauczyłeś się z anime?
- Oui!
Gerard przewrócił oczami i ruszył
do przodu. Palcami zaczesał włosy do tyłu, i poluzował lekko
pasek, pozwalając spodnią lekko opaść. Przechodząc przejrzał
się w lustrze. Czy wyglądał wystarczająco niechlujnie?
Wszedł do środka, od razu omiatając
wszystko wzrokiem Ustawienie stołu zmieniło się odrobinę, ale
nadal stosowali ten sam, stary, trzeszczący zestaw stołów w szachownicę i czarnych krzeseł. Scena wciąż mieściła się w lewym kącie, dokładnie naprzeciwko baru. Dawniej
co sobotę w Black Clover odbywały się koncerty bardziej lub mniej
znanych grup lub solistów, których talent był równie wielki, co
brud pod paznokciem. Mimo to cieszyły się dość dobrą
popularnością, wyjątkowo dobrą jak na Hollow Town.
Dziś nie grał nikt. Pub podupadał.
Przeszedł się pewnym krokiem do baru
i zamówił jedno piwo. Kątem oka zerknął na stolik w kącie.
Uśmiechnął się do siebie.
Jak przewidział, był zajęty.
Trash Looks siedzieli całą ekipą
przy swoim stoliku, ciągnąc co najmniej trzecią kolejkę piwa.
Ale to dobrze, będą trochę bardziej skłonni do rozmowy. Tylko
że.. jedno miejsce zajmował ktoś inny, niż powinien. Nie, nie
czas na czarne myśli, nie wolno ci się speszyć.
Zapłacił za dużego Becka i teraz
niepewnym, szukającym wolnego miejsca krokiem, ruszył w ich
kierunku. Po drodze zauważył jeden wolny stolik, ale nie, to nie tu
chciał siedzieć. Podszedł do stolika Trash Looksów, i rozejrzał
się, jakby nie mógł dostrzec niczego wolnego. Teatralnie obrócił
się na pięcie, dalej niby to poszukując wolnego miejsca. Jak przewidział, jeden z członków
zwrócił na niego uwagę i zaczął mu się przyglądać. Gerard
spotkał się z nim wzrokiem, i wtedy, jakby jakaś szatańska siła
zesłała na niego całą wiedzę świata, rozdziawił usta i wydał
dziwny, niezidentyfikowany dźwięk, coś pomiędzy jękiem a
westchnieniem dzikiej fanki.
- O Boże, przecież wy to Trash
Looks! - powiedział piskliwie, lecz wyszło naprawdę naturalnie. Na
twarzy członku wykwitł uśmiech typu skromny, ale nie do końca.
- Jejku, nie wiedziałem, że można was tu spotkać!
- Ach ziomek, żadne z nas celebriti.
- rzucił Josh. Perkusista, dwadzieścia sześć lat, blond irokez,
paniczny strach przed igłami. Machnął ręką, lecz wyglądał na
pocieszonego. - Może się dosiądziesz?
- Z chęcią! - czuł się jak idiota
mówiąc tak rozochoconym tonem, lecz jak mus to mus. Postawił swoje
piwo na stoliku i sięgnął po pierwsze wolne krzesło. - Naprawdę,
nie wierzę własnym oczom!
- Wazeliniarz! - rzuciła ze śmiechem
Rose, jednocześnie uderzając go pięścią w ramię. Rose była
dziewczyną wokalisty, Mike'a. Jeśli go pamięć nie myliła, a
nigdy nie myliła, była z nim od jakiś pięciu lat.
Gerard w geście sprzeciwu lekko
uniósł otwarte dłonie i pochylił głowę.
- Gdzie tam, po prostu nie sądziłem,
że będę mógł was jeszcze kiedyś spotkać.
- Spotkaliśmy się kiedyś? - Simon,
gitara rytmiczna, jak zwykle po procentach bawił się w detektywa.
Jednak chyba jego punkowa natura i zamiłowanie do jaboli trochę tę
zabawę spowolniło. - I w ogóle, jak się nazywasz?
Gerard upił łyk piwa i uśmiechnął
się do niego szeroko.
- Jestem Andy, byłem na kilku waszych
koncertach, trzy lata temu. - zauważył, że ich twarze lekko
tężeją. Niedobrze. Coś było w powietrzu i Gerard mocno to
wyczuł. Coś związanego z - W każdym razie, przyjechałem tu
myśląc, że może nadal gracie, widziałem nowy kawałek na My
Space i-
- Jak miiiiło, że ktoś chce nas
słuchać. - wtrącił nowy członek, którego Gerard nie znał
sprzed trzech lat. Wyciągnął do niego rękę. - Jestem Eric i gram
na gitarze.
- Świetne solówki. - powiedział,
uśmiechając się do niego uroczo. Przytrzymał jego rękę chwilę
dłużej niż standardowo. Chłopak nie protestował. Oooo..
- Wiesz.. - zaczął Josh, opierając
się o oparcie i patrząc w sufit. - Eric jest naszą nową nadzieją,
bośmy się zapuścili przez te trzy lata. I teraz możemy znowu
zacząć z młodzieńczą energią i kurwa zalecimy wysoookooo.
- Słodki Jezu, jak nic! - dodał
Simon, kiwając mądrze głową. Był mocno wcięty. - Będziemy
drugim Kennedym, z Deadów, i będziem robić seksy z pistolami, o
tak.
- Simo, ale to było inaczej.. -
próbował wtrącić Eric, jednak nie umiał się przebić. Chyba wcześniej wspomniana młodzieńcza energia nie odnosiła się niego.
- A tak w ogóle, Andy, kogoś mi
przypominasz. - rzuciła ni stąd ni zowąd Rose.
- Raz z wami rozmawiałem za kulisami.
- Gerard poczuł się trochę niepewnie. Nie powinna niczego
pamiętać. - Chłopaki podpisali mi nawet płytę i-
- Skąd jesteś? - no proszę, czyżby Giovanni o niej zapomniał.
- Z Bostonu.
- Na pewno?
- Tak. - jej zabawa w detektywa była
znacznie lepsza niż Simona, lecz równie komiczna. Mało brakowało a wybuchłby śmiechem. - Ale urodziłem się w Lewiston.
Zmierzyła go znaczącym wzrokiem,
lecz po chwili się rozpromieniła.
- A nie, bo miałam wrażenie, że..
nie ważne.
Miałaś wrażenie, że jestem
Gerardem, nie żadnym Andym, prawda?
- Oj Rooosee, przestań i lepiej
skiknij po browary, bo mi się skończył! - mruknął Simon, a
małomówny Mike mu zawtórował. Dziewczyna prychnęła i odeszła z
kilkoma pustymi szklankami.
Gerard odprowadził ją wzrokiem, przy okazji zauważając siedzącego niedaleko Giovanniego. Skinął na niego nieznacznie głową, a Gerard posłał mu ledwo zauważalne oczko.
Gerard odprowadził ją wzrokiem, przy okazji zauważając siedzącego niedaleko Giovanniego. Skinął na niego nieznacznie głową, a Gerard posłał mu ledwo zauważalne oczko.
- A tak w ogóle, Andy, coś oprócz
gitary ci się podoba w nowej piosence? - zapytał Josh. Oczywiście
chciał usłyszeć komplement, który Gerard zgrabnie sfałszuje. Tak
naprawdę nigdy nie przesłuchałby ich piosenki, gdyby nie musiał.
- Podoba mi się rytm. Dobry do pogo.
- No nie że?
- Tak. - dorzucił Eric, cały czas
patrząc się na Gerarda dużymi, maślanymi oczami. Ten rzucił mu
subtelny uśmiech.
- Ano. Chętnie usłyszałbym więcej.
- Trash Looks wyglądali na nieźle zasmolonych. To dobrze, zaraz
będzie mógł zapytać, ale.. o co właściwie wolał zapytać.
- A.. - zaczął Eric, lecz urwał,
zanim zdążył o cokolwiek spytać. Gerard pociągnął jeszcze łyk
piwa. Eric miał maksymalnie 20 lat i był bardzo dobrze wychowany bo
nie stały przed nim puste szklanki. A poza tym, zdawał się trzeźwo
myśleć. W miarę trzeźwo, bo nikt o zdrowych zmysłach nie
przyłączyłby się do tak fatalnego zespołu.
- W ogóle, dziwię się, że tak
długo czekałeś na nasz powrót. - rzucił Simon, znowu mierząc go
wzrokiem mocno wyłupiastych oczu.
- Ach, tak wyszło. - zarumienił się,
czując, że tak powinien. Poza tym, mieli go teraz za jednego
wielkiego fana, którzy rzucałby majtkami pod sceną.
Małomiasteczkowi muzycy tak lubią.
- To fajnie!
- Uhum. - popił jeszcze łyk. - Ale,
jeśli wolno mi zapytać, jak to się stało, że Eric dołączył do
zespołu? - znowu zapanowała dziwna, nerwowa cisza. Rose wróciła z
pełnymi kuflami. - Bo.. pamiętam, że kiedyś grał tu inny
ziomek.. chyba.. nazywał się Frank, prawda?
Ich twarze wyglądały, jakby ktoś im
przyłożył. Wszyscy jak jeden mąż spuścili wzrok na ziemię, a
Rose głośno westchnęła. Wyczuł jej napięcie, kiedy kładła
piwa przed przyjaciółmi.
- Franka nie ma. - skwitowała jednym
słowem. Wyglądała, jakby chciała się na niego rzucić. Przez
chwilę zrozumiał, jak czuł się Jim przed Julią. - I
najprawdopodobniej nie będzie.
Przyjazny nastrój prysnął i
pozostała niezręczna, bolesna cisza. Gerard ciężko przełknął
ślinę. Złe pytanie. Wybrał złą opcję, do jasnej cholery!
Nikt nie zamierzał się odezwać.
Czuł na sobie wzrok Giovanniego.
- Um.. Andy? - Eric podniósł się z
miejsca. - Masz może fajki?
- T-taa. - odpowiedział. W sumie już
nic z nich nie wydoi, więc czas się zbierać.
Poszedł za chłopakiem na zewnątrz.
Eric zaprowadził go w wąską uliczkę tuż przy Black Clover.
Gerard wyjął paczkę i podsunął do gitarzysty. Sam wyciągnął
sobie skręta z kieszeni i odpalił. Po niebie przesuwały się szare
chmury, a powietrze było zimne i śmierdzące.
- Wywalili go. - powiedział po chwili
Eric, patrząc na swoje martensy. Gerard spojrzał na niego z ukosa.
Nie umiał się zaciągać. Czyli wyciągnął go, żeby nie ranić
przyjaciół? A może miał też inny cel?
- Kogo?
- Franka noo.
- Za co?
Eric spróbował się zaciągnąć,
lecz skończył na kaszlnięciu.
- Za ćpanie.
Gerard poczuł nieprzyjemne ukłucie gdzieś w klatce piersiowej.
- J-jak to? - zająknął się, lecz
od razu spokój wrócił na jego twarz. Eric wzruszył ramionami, niczego nie zauważając.
- Nie było go już w zespole, kiedy
dołączyłem. - wyglądał na lekko strapionego. - Powiedzieli mi
tylko zdawkowo. Ale trochę pamiętam, bo też kiedyś ich słuchałem
i uwielbiałem, kiedy Frank grał. Tylko że coś z nim się stało
nie tak, któregoś dnia przyszedł na koncert totalnie zaćpany i
nic mu nie wychodziło, później odwołali kilka koncertów, a potem
jeszcze Frank przestał przychodzić do Black Clover i w ogóle..
- Wiadomo dlaczego?
- Mnie nie. Ale pamiętam, jak kiedyś
zaczęliśmy o nich mówić, a Rose rzuciła "ten cholerny
Gerard". Nie rozumiałem, ale myślę, że coś się między tym
Gerardem a Frankiem musiało zadziać źle.
Eric mówił to bardzo delikatnie i
kokieteryjnie, przez co Gerard nie czuł aż tak wielkiej presji.
Mimo to, wystarczyło, aby poczuł, jak na jego serce znowu nakładał
się dziwny uścisk, który czuł za każdym razem, kiedy tylko o tym
myślał.
Zerknął kątem oka na Erica. Ten
przyglądał mu się w zaciekawieniu i niejakim zmartwieniu. Był
uroczy. Przystojny.
- A znałeś go? - zapytał w pewnym
momencie.
- Tylko troszkę, raz z nim
rozmawiałem. - oparł, zerkają na chłopaka. Miał oczy jak pięć
złoty od samego patrzenia jak Gerard pali głupa? Okazja nie do
stracenia! Wykręcił usta w smutnym wyrazie. - Ale myślałem, że
poznam go lepiej.. - odczekał. To było jak czytanie skryptu.
Ericowi chyba zaświeciła się lampka w głowie.
- Pociągał cię? - spytał,
dokładnie tak, jak Gerard przewidział. Podszedł go niego tak
blisko, że młody gitarzysta musiał oprzeć się o ścianę.
- Owszem. - stwierdził sztywno, nie
odrywając wzroku od lekko przestraszonych, i jednocześnie bardzo
podnieconych oczu Erica. W tym wyrazie były wręcz śliczne.
Przysunął się jeszcze trochę. Wygrałeś pan internet, agencie
Way, rozbrzmiał mu w głowie głos Stephiego. Uśmiechnął się
na samą myśl, a Eric odpowiednio to odebrał. - Ale ogólnie
pociągają mnie gitarzyści.
Eric głośno przełknął ślinę i
zaczerwienił się na twarzy. Po części przypominał mu Lottie, ale
to dobrze. Bo Lottie też była dobra.
Chwycił go za szyję, przyciągając
do swojej twarzy. Zetknęli się czołami. Gerard zaczął
hipnotyzować go swoim wzrokiem, o dziwo, działał nawet lepiej,
niżby chciał - Eric leciał na niego jak ćma do światła. Myślał,
czy całując go nie spłoszy. Nie, oszczędzi to sobie. Tak na razie
wystarczy..
- A..Aaaandy.. - jego głos podchodził
pod sopran, chociaż Gerard przecież jeszcze nic nie zrobił. - J-ja .. j-ja.. o Boożee..
- Jeśli chcesz wzywać imię Boże, -
zaczął, swego rodzaju uwodzicielskim tonem. Zbliżył swoje usta do
ust Erica, ale ich nie zetknął. Dzieliły ich dosłownie milimetry, ale nie, nic więcej, bo zepsuje efekt. -to trafiłeś pod dobry adres. - wszeptał, a odpowiedź była
równie oczywista co pewna.
***
- O BOŻE!
Eric stękał w bardzo dziewczęcy
sposób, lecz było to na swój sposób urocze. Jego szczytująca
twarz wyglądała pięknie, choć cała w rumieńcu i zalana potem.
Położył się obok, na wąskim
łóżku, naciągając na siebie kołdrę i przysuwając bliżej do
Gerarda. Ten otoczył go ramieniem i przycisnął do swojej piersi.
Eric był wątły i niski, do tego miał bardzo, ale to bardzo
delikatną skórę i przyjemny zapach. Zanurzył nos w jego włosach.
Chłopak oddychał ciężko, ale w jego głosie słychać było
zadowolenie. Gerardowi uśmiech sam wpłynął na usta. Czuł go, po
prostu chłoną jego obecność, co było czymś dość niezwykłym
jak na zwykłą przygodę. To.. wydawało mu się czymś dziwnym.
Eric powoli zasypiał, wtulony w jego
ramię, z kosmykami blond włosów opadających na czoło i
delikatnymi wypiekami na policzkach. Gerard pocałował go w nos i
spojrzał w sufit. Było mu dobrze, tak tu, teraz, z ciałem
przyciśniętym tak blisko, z tą ciepłotą, tym smakiem na ustach,
tym pocie na czole i suchości w gardle. Czuł podobne uczucie jak
wtedy, to kłucie w sercu i szum w uszach i suchość w gardle,
jednak..
Jednak to nie było to samo.
To nie ten dotyk, którego tak
pragnął. To nie ten głos, który świergotał w jego głowie. To
nie ten zapach, który był lepszy niż najdroższe perfumy. To nie
to ciało, to nie ta skóra, to nie to drżenie i nie ten puls.
Westchnął. To wciąż nie ty,
- Frank..
Powiedzmy, że chciałam wrzucić. Za komentarze się nie obraże, ale traktujcie to jako kawałek ciasta ode mnie. Ach, Giovanni jest taki otakurwisty ♥u♥
Powiedzmy, że chciałam wrzucić. Za komentarze się nie obraże, ale traktujcie to jako kawałek ciasta ode mnie. Ach, Giovanni jest taki otakurwisty ♥u♥
kurde, nie moge doczekać sie następnej części... Scena z chłopakiem mnie troche zaskoczyła, ale przez jej zakończenie i refleksje G. zżera mn ciekawość. SUPER. <3
OdpowiedzUsuńŚwietny rozdział, a końcówka najlepsza <3
OdpowiedzUsuń" Westchnął. To wciąż nie ty,
- Frank.."- to takie piękne <3
Jestem bardzo ciekawa co Gerard zrobił Frankowi, że ten zaczął ćpać. Zdradził go czy co?
Przepraszam, że komentuję dopiero teraz, ale ostatnio nie mam czasu na frerardy i mam straszne zaległości. Dziwi mnie, że jest tylko jeden komentarz pod tak świetnym rozdziałem *.*
xoxo