Hej.
Czy to ty? Znów pojawiasz się w moich myślach. I nie wiem, czy to dobrze czy źle. Bo Cię chcę, pragnę, bo jesteś moją jedyną nadzieją, jesteś moją ostoją, jesteś moim skarbem. Jesteś mną, a tobą, jesteśmy jednym i tym samym w dwóch różnych ciałach. I pamiętam Cię, pamiętam Cię dokładnie - twoje oczy, twoje usta, twój dotyk - to wszystko jakbym dopiero przed chwilą zobaczył.
Dlaczego tu jesteś?
***
- Więc na czym skończyliśmy.. -
powiedziała Julia Verdon, biorąc w ręce sprawozdanie. - Dnia 24
października bieżącego roku, po dotarciu pod kwaterę główną mafii Child O'mine handlującej amfetaminą oraz metaamfetaminą na
terenie Nowego Orleanu, od razu przystąpiliśmy do wcześniej
przygotowanej akcji przejęcia. W trakcie operacji udało nam się
zająć większą część fabryki oraz budynek główny, lecz nie
zdołaliśmy dotrzeć na czas do księgowości, aby zdobyć informacje na
temat dotacji, którą mafia otrzymała dwa lata wcześniej, a która
sprawiła, że niewielka, upadająca fabryka zamieniła się w
potężną wytwórnię, zaopatrującą większą część Nowego
Orleanu. W chwili wkroczenia do budynku głównego, księgowy,
niejaki Dick Patterson, oblawszy półki benzyną, podpalił się,
tym samym zniszczył wszystkie dokumentacje, . Jego motyw jest oczywisty, jednak-
- Kuurde. - rzucił siedzący tuż
przed Julią Jim Scott, zasłaniając sobie oczy dłonią. - Że też
w takim momencie się zczaił, o co chodzi z tym imieniem. W trochę
chujowym momencie.
Julia zmierzyła go wzrokiem.
Przeskoczyła nad biurkiem i z całej siły uderzyła go twardą
podkładką w głowę, zanim w ogóle zdążył zareagować.
- Ała! Za co to było?!
- Powinniście się zamienić
imionami. - powiedziała lodowatym tonem, lecz z jej oczu nadal
kipiała złość. - To do ciebie znacznie bardziej pasuje, niż
jakieś tam suche Jim. Poza tym, to przykre, że nie-
- Po pierwsze primo nie masz prawa
mnie bić. - wtrącił, filozoficznie unosząc palec i niby to
mądrze mrużąc oczy. Przerwał jej piąty raz w ciągu piętnastu
minut. Nowy rekord. Julia wyglądała, jakby miała się na niego
rzucić. - Po drugie primo..
Julia i Jim, Jim i Julia - przyjaciele
na zabój. Dosłownie. Gdyby ktoś kiedyś zastał jedno martwe,
pierwsze podejrzenia poszłyby na to drugie. A zaczęło się
przecież tak niewinnie - poznali się na przyjęciu dla nowych
członków, wszystko ładnie pięknie cacy. Jim rzucił do Julii, że
świetnie wygląda w tej ażurowej kiecy. A ona, jak to każda
kobieta na komplement, lekko się zarumieniła, a Jim na kilka sekund
wydał jej się nawet atrakcyjny. Lecz wtedy dorzucił coś w stylu
"pięknie odwraca uwagę do twojego dużego tyłka!". I
chociaż Jim powiedział to wtedy w żartach, to nie dał rady
przeprosić, bo chwilę później stracił trzy zęby. Julia, obecnie
bardzo szczupła lecz biodrzasta, nadal nosiła urazę, a Jim nadal
pamiętał te trzy zęby, więc o zażegnaniu konfliktu można było
sobie tylko pomarzyć. Cóż, czego innego można się było
spodziewać po babce z kompleksem przewodniczącej samorządu i
typowym, prostolinijnym playboyem? A może w powietrzu było coś innego?
- I co, do śmiechu by ci było, gdyby
ktoś o tobie tak mówił?! - ton Julii zmienił się z nieobecnego
na ostry. Bliski krzyku. - Każde życie należy szanować, jakbyś
nie wiedział!
Typowe dla niej zagranie - wejście na
temat ważności ludzkiego życia, z którym Jim nie mógł się
spierać, tym samym tracąc szansę na obronę.
- Oi, oi, laska, zluzuj. - spróbował,
gestem dłoni próbując ją trochę odsunąć.
Jednak na przeprosiny było już za
późno i Jim doskonale o tym wiedział. Julia powoli się zatracała.
Jej policzki czerwieniały, a z oczu kipiała furia. Kartki w jej
ręce zaczęły się gnieść.
-Hej, kochani, może tak spokojniej..
- powiedziała gdzieś z głębi sali Lottie Arnold.
Pomieszczenie było duże i prawie
całe zastawione krzesłami zwróconymi w stronę biurka na środku.
I sześć z tych krzeseł było zajętych, w tym tylko jedno z
przodu. Powód był chyba wiadomy.
- Mieliśmy tylko przeczytać, nie się
kłócić, i-
- Lepiej się nie wtrącaj, Lottie. -
rzucił beznamiętnie siedzący obok Gerard Way i zasłonił jej usta
ręką. Odwrócił się i uśmiechnął. - Chyba, że chcesz mieć
krzesło na twarzy.
Mówił to z taką beztroską, kiedy
krzyki Julii huczały po ścianach.
Lottie pulchną rączką zamknęła
usta na klucz. Była niziutka i okrąglutka, jak to mawiali. Chociaż
była druga pod względem wieku, wszyscy traktowali ją jak dziecko,
a jej to odpowiadało. Zawsze delikatnie, nie wypominając jej
nadwagi, która, bądź co bądź, bardzo komponowała się z jej
urodą, a faceci znacznie chętniej oglądali się za nią, niż za
wysoką, szczupłą i piersiastą Julią. Lottie otaczała burza
rudych loków, na twarzy miała kilkadziesiąt piegów, a oczy zawsze
wyrażały chęć i fascynację.
I miała słodkie usta,
przypomniał sobie Gerard, jednocześnie zastanawiając się, co tak
urocza i niewinna dziewczyna robi w tej organizacji. Myślał nad tym
już od kilku lat i jakoś nadal nie potrafił znaleźć odpowiedzi.
Posłał jej jeszcze jeden, promienny
uśmiech, po czy zerknął na Julię i Jima. Odetchnął i zaczął
spokojnie odliczać do pięciu.
Raz.
Dwa.
Trzy.
Na cztery Julia podskoczyła, a na
pięć siedziała już okrakiem na brzuchu Jima i ze złością
nawalała w niego pięściami. Pierwsza uderzyła w jego lewy
policzek, druga została zablokowana. Mimo to, szanse na
wyswobodzenie się z tej sytuacji bez większego szwanku były prawie
równe zeru.
Gerard złapał się z zażenowaniem
za głowę, Lottie zakryła oczy, a siedzący za nimi Trevor
McDowell, Viera Moros i Haru Wright obstawiali zakończenie. Wszyscy
troje stawiali na Julię - Jim, nieważne jaki by nie był, nigdy
bezpośrednio nie uderzyłby kobiety, a jeśli już, to tylko
poklepałby ją po tyłku.
- JA CI POKAŻĘ! - wrzeszczała
Julia. Z jej opanowania nic nie zostało. Włosy wychodziły jej z
misternie upiętego koka. Ciosy nie były celne ani szybkie, lecz
na tyle silne, żeby Jima rozbolały dłonie. - ZABIJĘ CIĘ,
NAPRAWDĘ ZABIJĘ!
- Dwie, że zaraz wpadnie Stephie. -
szepnął Gerard do ucha Lottie.
- Trzy, że Lucas ich rozdzieli. -
złapała go za rękę i przecięła.
Patrzyli dziesięć, może piętnaście
sekund, kiedy nagle, z wielkim, wręcz teatralnym hukiem wpadł
niejaki Stephie, kapitan Stephen Smith Junior, w idealnie skrojonym
garniturze, z błyszczącymi orderami na piersi i zaczesanymi do tyłu
włosami. Jego oczy posyłały wszystkim groźne spojrzenie, chociaż
był to wynik niezamierzony - Stephenowi mimo wszystko przydałaby
się regulacja brwi, nie ważne jak bardzo męski by nie był.
Stuknęły jego obcasy i zasalutował.
- Agentko Verdon! Agencie Scott! -
Julia przestała na chwilę okładać Jima pięściami. - Przywołuję
was do porządku!
- Ale- zaczęła Julia
- Żadnych ale!
- Ale-
- Żadnych ale! - Smith wręcz ryknął,
a jego pokaźna pierś (zbudowana z samych mięśni) znacząco się
uniosła. Wyglądał jak napuszony, napakowany indor z włosami za
trzysta dolarów.
- Aaaaaleeeee! - tym razem było to
Gerard.
Podniósł się z krzesła,
uśmiechając subtelnie to kapitana. Ten zmierzył go groźnym
wzrokiem (albo zwykłym, kto wie, co skrywały te brwi), nie
rozumiejąc komizmu sytuacji. W sumie nikt z obecnych prócz Lottie go nie zrozumiał, ale nawet ona się nie uśmiechnęła. Serio?
- Nie dokończyliśmy czytać. -
zrobił minę jak zadziorny przedszkolak upominający się o zabawkę. - Mniejsza o to, że tam
byłem, ale chciałbym wiedzieć, co dojdzie do opinii publicznej.
Posłał jeszcze jeden piękny uśmiech
i kolejny do Lottie. Wydęła policzki i prychnęła.
- Co racja to racja. - przyznał
Smith. Zerknął na Julię i Jima. - Te zaloty skończcie sobie kiedy
indziej, agent Way ma rację, nie po to tu przyszliśmy.
Julia, zaczerwieniona ze wstydu,
zeszła z Jima i otrzepała żakiet. Dookoła leżały przewrócone
krzesła, biurko stało krzywo, a na pierwszej stronie dokumentu
widniał odcisk jej Nike. Jim preferował Reeboki. Wszyscy wiedzą, że
Nike są lepsze.
- Hm. Tak więc. Hm. - poprawiła
biurko, oparła się o rant i przymierzyła do czytania. - Jak już
kolega Scott ustawi krzesła skończę, gdzie zaczęłam... znaczy
się, zacznę, gdzie skończyłam!
Scott pokazał jej język, lecz
posłusznie zaczął stawiać poprzewracane krzesła, mrucząc pod
nosem coś na temat Julii. Nawet ona nie zwracała na to uwagi.
Kapitan machnął ręką przez otwarte
drzwi. Do środka wparowała jego trzyosobowa świta, Mimo, że Smith
spokojnie poradziłby sobie ze stadkiem wygłodniałym niedźwiedzi, z
niewiadomych przyczyn nigdy nie rozstawał się z ochroniarzami.
Lepiej dmuchać na zimne, tak
mówił. Ale czy to wszystko było konieczne? Faceci od stóp
do głów w czerni, ze srebrnymi zegarkami na prawych nadgarstkach i
z słuchawką w lewym uchu z takim śmieszny, zakręconym kablem. Ooo, i każdy z takim samym, pokerowym wyrazem twarzy. Ciekawe czy..
- Zakład, że dam radę ich
rozśmieszyć? - spytał lekko zgryźliwie Gerard i wyciągnął rękę
do Lottie. Głośno prychnęła.
- Jeszcze czego! - rzuciła nadąsanym
tonem i sięgnęła do torebki. Wyciągnęła z niej trzy pełne
saszetki i wcisnęła Gerardowi w dłoń. - Ja coś czuję, że ty
nie grasz fair. - pogroziła mu palcem. - I jeszcze ci to udowodnię!
Gerard tylko wzruszył ramionami i
uśmiechnął się jeszcze szerzej. Na obrażonej twarzy Lottie
pojawiły się słodkie rumieńce. Zastanawiał się, jak ona to
robiła, że czuł się przy niej tak swobodnie.
- Agentko Arnold. Agencie Way. -
dobiegło ich z boku. Kapitan Smith skinął głową w geście
powitania. Lottie odpowiedziała tym samym, niewezwani agenci z
tylnych rzędów się skłonili.
- Siemasz, Stephie. - przywitał się
Gerard, szczerząc jak idiota.
- Tylko nie Stephie, agencie Way.
- Kiedy to ci pasuje, Stephie!
- Daruj sobie ten sarkazm. - kapitan
groźnie ściągnął brwi (a może tylko zmarszczył czoło?).
- Ty daruj sobie tego agenta, tacy poważni nie jesteśmy przecież, no nie? - Gerard próbując opanować sytuację poklepał
miejsce obok siebie, zapraszając na nie Smitha. Przyjął
propozycję. - Więcej luzu, stary, więcej luzu.
Brwi Smitha powędrowały na właściwe
miejsce, a mięśnie ich właściciela lekko się rozluźniły.
Z przodu Julia czytała o szczegółach
przygotowań do akcji i środkach wykorzystanych, aby ją
przeprowadzić. Co chwila Jum rzucał jakimś pseudo-śmiesznym
komentarzem, lecz Julia zgrabnie to ignorowała. Przynajmniej jak na
razie.
- O co poszło tym razem? - zapytał
Gerarda Smith pochylając się w jego stronę. Ten przestał wcierać
sobie zawartość saszetki w dziąsła. Zamlaskał i odpowiedział:
- O Dicka. - wzruszył ramionami, po
czy dodał. - Tego księgowego. Jimbo skwitował, Julia
dostała szajby i tak dalej.
Lottie mądrze pokiwała głową.
- Może miała rację, ale zachowaniem
sama sobie przeczy. - uzupełniła, i tym razem Gerard lekko skinął.
- Oni powinni być od siebie odgrodzeni kuloodporną ścianą czy
czym.
Smith prychnął z rozbawienia.
Ubogie poczucie humoru, oj ubogie,
pomyślał Gerard, zsuwając się w dół krzesła. No ale,
przynajmniej miał co robić. Oślinił palec i znowu zanurzył ze
wnętrzu saszetki.
Ale..
Coś nie pasowało. I nie tylko on to
zauważył. Lottie przestała rozśmieszać kapitana, a on i agenci
siedzący z tyłu przestali chichotać. Wszyscy spojrzeli na Julię.
Stała z założonymi rękami i złą miną.
- A to ponoć ja jestem chamski. -
rzucił Jim.
- Wszyscy wiecie o co chodzi. - dodała
Julia. - Więc może nie czytajmy tego, bo to śmieszne, ale, kurwa
mać, może byście tak przynajmniej coś podjęli!
- Nie ma czego podejmować, przecież
już po sprawie. - odezwał się Trevor, a jego przyjaciele tylko
przytaknęli.
- O czyżby? - w głosie Julii słychać
było co najmniej lekkie zdenerwowanie. - To wytłumacz mi, dlaczego
zastrzeliłeś tych pięciu ochroniarzy, co? Szło ich tylko ogłuszyć, ale nie, nie szło, co?!
Trevor wzruszył ramionami.
- Ręka mi się omsknęła.
- Ręka, czyżby?!
Haru zachichotał.
- Ooch, a ty Wright?! Tobie też
omsknęła się ręka z tą panią w recepcji, hmm? A może było to
coś całkiem innego, hmm? HMM?!
Od razu zbladł.
- To jest naprawdę jakaś patologia,
patologia, mówię wam! - Julia złapała się za głowę, jeszcze
bardziej niszcząc swoją fryzurę. - Nie dość, że nie umiecie się
opanować na misjach, to jeszcze potem nie słuchacie, a ty, Gerard,
mógłbyś przynajmniej nie ćpać przy szefie. Naprawdę..
- Nie ćpam. - Gerard zmierzył ją
ostrym wzrokiem. Wyjątkowo przestał się uśmiechać. - Ja jem.
Julia wyglądała, jakby miała zaraz
znowu wybuchnąć. Gerard przymknął oczy. No nie, tylko nie
znowu, tylko nie na mnie. Z resztą, na kogokolwiek. Nikt nie
lubił wkurzonej Julii.
Pięć.
Cztery.
Trzy.
Dwa.
Rozległo się pukanie do drzwi.
Wszyscy zebrani, nawet trójka w czerni, westchnęli z ulgą.
Ciśnienie zeszło trochę z Julii i pobiegła otworzyć. Mówiła
chwilę z osobą za drzwiami, po czym wróciła na swoje miejsce i
oparła się tyłkiem o biurko. Westchnęła, łapiąc się ręką za
czoło.
- Chyba nasza przyjemna pogawędka
będzie musiała trochę poczekać. - powiedziała, przesyconym jadem
tonem i z fałszywym uśmiechem.
- Agentko Verdon- zaczął Smith, lecz
Julia zbyła go gestem ręki. Była już ze swoją torbą przy
drzwiach.
- Sorry szefie, mam coś do
załatwienia. Naprawdę nie mogę. - i wyszła.
Zapanowała trochę niezręczna cisza.
Smith odsiedział jeszcze parę
sekund, po czym podniósł się z miejsca.
- Myślę, że agentka Verdon wyraziła
się jasno. - powiedział, odrobinę zbyt podniosłym tonem jak na tę
okazję. Viera mruknęła coś pod nosem. - W każdym razie,
prosiłbym, żebyście zajęli się czymś pożytecznym, a jeśli
serio chcecie przeczytać to sprawozdanie, zanim pójdzie do obróbki,
wystarczy poprosić.
Nikt nic nie powiedział. Rozeszli się
w milczeniu.
***
Kiedy otworzył drzwi do swojego
gabinetu, od razu uderzył go silny zapach owocowych kadzidełek.
Jakby kiedykolwiek chciał je wąchać. Do tego z pomieszczenia biło
strasznie mocne światło. Nie za bardzo je lubił, szczególnie po
zużyciu całej saszetki od Lottie. Nawet na niego było to trochę
za dużo. Czuł lekki, milusi szum w głowie.
I wtedy ktoś mocno złapał go wpół
i wciągnął głębiej do środka, jednocześnie zatrzaskując
drzwi.
- Och, Gerdie, myślałem, że już
cię nie zobaczę! - usłyszał jęk.
Tylko przewrócił oczami i spróbował
iść przed siebie. Przyjemny szum w czaszce zniknął, więc trzeba
się było zabrać do roboty. Nic innego mu nie pozostawało,
szczególnie, że miał jeszcze kilka godzin do wyrobienia.
Ten ktoś złapał go mocniej. Głębiej
zapach kadzidełek był jeszcze bardziej nieznośny.
- Tak się traktuje swoją żonę? -
Gerardowi zrobiło się trochę niedobrze. - Och, naprawdę, poślę
cię zaraz po rozwód, tak, po rozwód, rozumiesz co znaczy to słowo?
R-O-Z-W-Ó-D! Nawet ci przeliterowałem!
Wzdrygnął się, lecz dalej próbował
dojść do biurka. Naprawdę, chciał teraz popracować, nawet w
atmosferze tych cuchnących kadzidełek. Uścisk na jego talii wcale
nie chciał słabnąć. Westchnął.
- Wiesz, jak na to zareaguje na to
nasza mała Tutti? Wiesz, jak będzie płakać?!
Tego było za wiele.
- Nie wymyślaj imion dla naszych
dzieci, bo mi się śniadanie zwróci. - mruknął pod nosem. Uścisk
od razu zniknął.
- No w końcu mnie zauważyłeś,
cześć, jestem twoją wróżką chrzestną! - powiedział zgryźliwie
mężczyzna w ciemnym garniturze.
Miał długie włosy zaczesane do tyłu
i dobre metr dziewięćdziesiąt. Gerard ze swoim metrem
siedemdziesiąt trzy czuł się przy nim jak krasnal ogrodowy. Ale
tylko pod względem wzrostu.
- Co tym razem przerabiamy, Giovanni?
Kolejny prawie naprawdę śmieszny romans? - jako że w końcu się
uwolnił zajął miejsce za biurkiem. Poczuł się odrobinę pewniej.
- Prawdę powiedziawszy chciałem dziś
zaprezentować coś autorskiego. - żachnął się, lecz po chwili
znowu się rozpromienił. - Jak było na spotkaniu?
Gerard zbył go machnięciem ręki.
Prawdę mówiąc liczył na konkretniejsze dane. Owszem, to było
tylko sprawozdanie, ale nie wiedział, że wszystkie, dokładnie
wszyściutkie dokumenty poszły z dymem. Myślał, że coś się
uchowało. Chociaż mała wskazówka, gdzie szukać. Ale nawet z tym
byłoby to jak szukanie igły w stogu siana. Lub nawet czegoś
mniejszego.
- Dostałeś dokumenty z akcji? -
zapytał, a Włoch pokiwał głową.
- Nic szczególnego. - rzucił i
usiadł wygodnie na kanapie w rogu gabinetu. Spojrzał po półkach
zapełnionych książkami i segregatorami. - Były jakieś pierduty,
żadnych konkretów. Znaczy, wiesz o co mi chodzi. - Gerard kiwnął
głową, jednocześnie włączając komputer. - Więc wiesz, z tego
się niczego nie dowiedziałem.
Pomasował się po czole i głośno
odetchnął. Wyglądał na trochę zmęczonego, lecz Gerard wcale się
mu nie dziwił. Od czasu akcji prawie nie zmrużył oka - cały czas
szukał czegoś, co mogło by im się przydać.
- Ach, więc to tak. - rzucił niby od
niechcenia. Zaczął bawić się małym słonikiem stojącym na
biurku. Był jedyną dekoracją, jaką tu zostawił. Reszta wyfrunęła
przez okno po pierwszym problemie z uporządkowaniem dokumentów. Ale
słonika dostał od Lottie, więc nie mógł się go pozbyć.
- Taa. - Giovanni zaciągnął się
owocowym powietrzem. Kącik jego ust lekko drgnął. - Powiem ci,
Gee, że jeśli byśmy polegali tylko na tych z wydziału, to nadal byśmy byli z ręką w nocniku. Ale wiesz, ja nie
polegam tylko tym.
Oczy Gerarda rozbłysnęły w
zaciekawieniu. Giovanni dokładnie wiedział, jak go zainteresować.
Z resztą, Giovanni wiedział wszystko.
Widząc zainteresowanie Gerarda,
dodał:
- Moja żona ma przyjaciółkę w
telekomunikacji, ale mniejsza z tym. Co jest ważne, udało jej się
załatwić spis rozmów z pewnym numerem. - kątem oka spojrzał na
zaciekawionego Gerarda. Poczekał kilka sekund, żeby go podsycić,
po czym znów podjął. - Konkretnie numeru księgowości Child
O'mine.
- Używali zarejestrowanego numeru?! -
Gerard aż poderwał się z miejsca. Giovanni pokiwał głową. - Co
za..!
- Był zarejestrowany na matkę
jednego nieważnego członka. Mniejsza z tym. W każdym razie, nie
zdziwiło cię, że mieli AŻ tylu ochroniarzy w dniu operacji? -
Gerard potarł się po podbródku.
- Sugerujesz, że mieli wtyczkę?
- Też o tym myślałem, jestem
geniusz! - Giovanni wybił się z monologu i zrobił głupią minę.
- W każdym razie, nie sądzę, aby była to wtyczka od nas. - Gerard
przysiadł. Splótł ręce i przyłożył go nich usta.
- W takim razie jest ktoś, ktoś
jeszcze, kto chciał ich zaatakować? - zaczął myśleć na głos,
jednak od razu pokręcił głową. - Nie, to jest mało
prawdopodobne.
- Też mi się tak wydawało, ale to z
pewnością nie to. - Giovanni pokiwał głową. - Jeśli ktoś
chciałby to zrobić, zrobiłby to z zaskoczenia, a nie dzwoni umówić
się na potyczkę...Tylko że nie umiem wpaść na nic innego.
Gerard oparł się na fotelu i
próbował zmusić mózg do zwiększenia obrotów. Nie, to nie
wyjdzie, wziął za dużo. Zostało mu tylko podejście.
- W takim razie... - zaczął. - Jeśli
to nie była wtyczka od nas, ani nikt nie chciał ich zaatakować,
ale oni podwoili ochronę.. - Giovanni otworzył szerzej oczy.
- Ktoś nas obserwuje! - podniósł
się z miejsca, wypatrując ukrytej kamery.
- Nie, chyba nie to. - Gerard uspokoił
go gestem ręki. Myślał dalej. - Małe szanse, już prędzej byłaby
to wtyczka od nas, ale to jest bardzo mało prawdopodobne.
- Więc co to było?
Gerard pokręcił głową. Wziął za dużo na raz.
- Na razie nie mogę ci powiedzieć. -
wzruszył ramionami i wklikał hasło do komputera. - Ale masz może
jakieś jeszcze znaleziska?
- Ach, wybiłeś mnie! - stęknął. -
No pewnie że mam, inaczej bym ci o tym nie mówił! - klepnął się
w głowę i zwlókł z siedzenia.
Wyjął z kieszeni kartkę i podał
Gerardowi. Ten przyjrzał się jej uważnie. Widniało na niej kilka
liczb.
- O tej godzinie dokonano telefonu.
Połączenie trwało dokładnie minutę i czterdzieści pięć
sekund. - Giovanni wskazał liczby u góry. - A o tej - wskazał
niższą. - Dick Patterson zadzwonił do szefa.. A o tej jeszcze
niżej zadzwonił do jednej z podmiejskich firm ochroniarskich.
Wiesz, oni nawet nie mają licencji, a jedyne w czym są dobrzy do
walka na gołe i niegołe pięści.
- Czyli Patterson zdenerwował się po
tajemniczym telefonie, który, prawdopodobnie, ostrzegł go przed
nami. - Gerard podrapał się po brodzie. To nie mógł być wtyk.
Przedwczoraj o tej porze wiedzieli o tym tylko on, Julia i kapitan,
żadne z nich nie mogło tego zdradzić, a nikt inny nie miał wstępu
do gabinetu kapitana. Westchnął. Ale czy ktoś mógł podłożyć
podsłuch?
- Dam ci jeszcze dwie ciekawostki,
Gerdie, takie, że będziesz miał mokro w gaciach.
Gerard posłał mu zmęczone
spojrzenie, lecz pokiwał głową.
- Numer, z którego wykonano
połączenie, był na kartę, więc nie wyśledzisz, do kogo należał.
- Gerard przytaknął. - Ale udało mi się namierzyć ostatnie
logowanie telefonu, zanim wraz z kartą został zniszczony. Ten ktoś
stara się nieźle zatuszować...- zrobił chwilę na teatralną
ciszę. Spojrzał znacząco na Gerarda. - Zgadnij, z jakiego
niewielkiego miasteczka w stanie Wisconsin pochodził sygnał?
Gerard otworzył szerzej oczy. Serce
mu zamarło.
- Nie...
- Super, prawda?
Ja osobiście twierdzę, że najwygodniejsze są steele, ale mniejsza z tym. E ciul, idę oglądać DRRR. Ach, i ostrzegam, że akcja nie będzie trzymała się tylko Gerdziołka, ale i innych wymienionych w drugiej części ludków, także proszę się na to psychicznie nastawić. Och well, i nie oczekujcie zboczeństw, tak od razu rzucę.
Ten rozdział jest świetny.
OdpowiedzUsuńAle ta Julia jest wybuchowa. Dobrze, że przywaliła temu Jim'owi, zasłużył sobie. Zakłady były zabawne :D No tak, bo po co rozdzielać kolegów jak można popatrzeć i przy okazji obstawić kto wygra.
Gerard mnie rozwalił. Szef koło niego siedzi, a ten nic sobie z tego nie robi i ćpa przy nim xD
Ten Giovanni jest dziwny. Nie podoba mi się jego postać, ale może jeszcze zmienię zdanie :)
Czekam z niecierpliwością na następną część
Weny!