Następny rozdział

Jak skończę Drakulę i Dziady to może coś się pojawi.

niedziela, 1 września 2013

Rozdział Pierwszy - Przypadki



Hej.
Czy to ty? Znów pojawiasz się w moich myślach. I nie wiem, czy to dobrze czy źle. Bo Cię chcę, pragnę, bo jesteś moją jedyną nadzieją, jesteś moją ostoją, jesteś moim skarbem. Jesteś mną, a tobą, jesteśmy jednym i tym samym w dwóch różnych ciałach. I pamiętam Cię, pamiętam Cię dokładnie - twoje oczy, twoje usta, twój dotyk - to wszystko jakbym dopiero przed chwilą zobaczył. 
Dlaczego tu jesteś?

***


- Więc na czym skończyliśmy.. - powiedziała Julia Verdon, biorąc w ręce sprawozdanie. - Dnia 24 października bieżącego roku, po dotarciu pod kwaterę główną mafii Child O'mine handlującej amfetaminą oraz metaamfetaminą na terenie Nowego Orleanu, od razu przystąpiliśmy do wcześniej przygotowanej akcji przejęcia. W trakcie operacji udało nam się zająć większą część fabryki oraz budynek główny, lecz nie zdołaliśmy dotrzeć na czas do księgowości, aby zdobyć informacje na temat dotacji, którą mafia otrzymała dwa lata wcześniej, a która sprawiła, że niewielka, upadająca fabryka zamieniła się w potężną wytwórnię, zaopatrującą większą część Nowego Orleanu. W chwili wkroczenia do budynku głównego, księgowy, niejaki Dick Patterson, oblawszy półki benzyną, podpalił się, tym samym zniszczył wszystkie dokumentacje, . Jego motyw jest oczywisty, jednak-
- Kuurde. - rzucił siedzący tuż przed Julią Jim Scott, zasłaniając sobie oczy dłonią. - Że też w takim momencie się zczaił, o co chodzi z tym imieniem. W trochę chujowym momencie.
Julia zmierzyła go wzrokiem. Przeskoczyła nad biurkiem i z całej siły uderzyła go twardą podkładką w głowę, zanim w ogóle zdążył zareagować.
- Ała! Za co to było?!
- Powinniście się zamienić imionami. - powiedziała lodowatym tonem, lecz z jej oczu nadal kipiała złość. - To do ciebie znacznie bardziej pasuje, niż jakieś tam suche Jim. Poza tym, to przykre, że nie-
- Po pierwsze primo nie masz prawa mnie bić. - wtrącił, filozoficznie unosząc palec i niby to mądrze mrużąc oczy. Przerwał jej piąty raz w ciągu piętnastu minut. Nowy rekord. Julia wyglądała, jakby miała się na niego rzucić. - Po drugie primo..
Julia i Jim, Jim i Julia - przyjaciele na zabój. Dosłownie. Gdyby ktoś kiedyś zastał jedno martwe, pierwsze podejrzenia poszłyby na to drugie. A zaczęło się przecież tak niewinnie - poznali się na przyjęciu dla nowych członków, wszystko ładnie pięknie cacy. Jim rzucił do Julii, że świetnie wygląda w tej ażurowej kiecy. A ona, jak to każda kobieta na komplement, lekko się zarumieniła, a Jim na kilka sekund wydał jej się nawet atrakcyjny. Lecz wtedy dorzucił coś w stylu "pięknie odwraca uwagę do twojego dużego tyłka!". I chociaż Jim powiedział to wtedy w żartach, to nie dał rady przeprosić, bo chwilę później stracił trzy zęby. Julia, obecnie bardzo szczupła lecz biodrzasta, nadal nosiła urazę, a Jim nadal pamiętał te trzy zęby, więc o zażegnaniu konfliktu można było sobie tylko pomarzyć. Cóż, czego innego można się było spodziewać po babce z kompleksem przewodniczącej samorządu i typowym, prostolinijnym playboyem? A może w powietrzu było coś innego?
- I co, do śmiechu by ci było, gdyby ktoś o tobie tak mówił?! - ton Julii zmienił się z nieobecnego na ostry. Bliski krzyku. - Każde życie należy szanować, jakbyś nie wiedział!
Typowe dla niej zagranie - wejście na temat ważności ludzkiego życia, z którym Jim nie mógł się spierać, tym samym tracąc szansę na obronę.
- Oi, oi, laska, zluzuj. - spróbował, gestem dłoni próbując ją trochę odsunąć.
Jednak na przeprosiny było już za późno i Jim doskonale o tym wiedział. Julia powoli się zatracała. Jej policzki czerwieniały, a z oczu kipiała furia. Kartki w jej ręce zaczęły się gnieść.
-Hej, kochani, może tak spokojniej.. - powiedziała gdzieś z głębi sali Lottie Arnold.
Pomieszczenie było duże i prawie całe zastawione krzesłami zwróconymi w stronę biurka na środku. I sześć z tych krzeseł było zajętych, w tym tylko jedno z przodu. Powód był chyba wiadomy.
- Mieliśmy tylko przeczytać, nie się kłócić, i-
- Lepiej się nie wtrącaj, Lottie. - rzucił beznamiętnie siedzący obok Gerard Way i zasłonił jej usta ręką. Odwrócił się i uśmiechnął. - Chyba, że chcesz mieć krzesło na twarzy.
Mówił to z taką beztroską, kiedy krzyki Julii huczały po ścianach.
Lottie pulchną rączką zamknęła usta na klucz. Była niziutka i okrąglutka, jak to mawiali. Chociaż była druga pod względem wieku, wszyscy traktowali ją jak dziecko, a jej to odpowiadało. Zawsze delikatnie, nie wypominając jej nadwagi, która, bądź co bądź, bardzo komponowała się z jej urodą, a faceci znacznie chętniej oglądali się za nią, niż za wysoką, szczupłą i piersiastą Julią. Lottie otaczała burza rudych loków, na twarzy miała kilkadziesiąt piegów, a oczy zawsze wyrażały chęć i fascynację.
I miała słodkie usta, przypomniał sobie Gerard, jednocześnie zastanawiając się, co tak urocza i niewinna dziewczyna robi w tej organizacji. Myślał nad tym już od kilku lat i jakoś nadal nie potrafił znaleźć odpowiedzi.
Posłał jej jeszcze jeden, promienny uśmiech, po czy zerknął na Julię i Jima. Odetchnął i zaczął spokojnie odliczać do pięciu.
Raz.
Dwa.
Trzy.
Na cztery Julia podskoczyła, a na pięć siedziała już okrakiem na brzuchu Jima i ze złością nawalała w niego pięściami. Pierwsza uderzyła w jego lewy policzek, druga została zablokowana. Mimo to, szanse na wyswobodzenie się z tej sytuacji bez większego szwanku były prawie równe zeru.
Gerard złapał się z zażenowaniem za głowę, Lottie zakryła oczy, a siedzący za nimi Trevor McDowell, Viera Moros i Haru Wright obstawiali zakończenie. Wszyscy troje stawiali na Julię - Jim, nieważne jaki by nie był, nigdy bezpośrednio nie uderzyłby kobiety, a jeśli już, to tylko poklepałby ją po tyłku.
- JA CI POKAŻĘ! - wrzeszczała Julia. Z jej opanowania nic nie zostało. Włosy wychodziły jej z misternie upiętego koka. Ciosy nie były celne ani szybkie, lecz na tyle silne, żeby Jima rozbolały dłonie. - ZABIJĘ CIĘ, NAPRAWDĘ ZABIJĘ!
- Dwie, że zaraz wpadnie Stephie. - szepnął Gerard do ucha Lottie.
- Trzy, że Lucas ich rozdzieli. - złapała go za rękę i przecięła.
Patrzyli dziesięć, może piętnaście sekund, kiedy nagle, z wielkim, wręcz teatralnym hukiem wpadł niejaki Stephie, kapitan Stephen Smith Junior, w idealnie skrojonym garniturze, z błyszczącymi orderami na piersi i zaczesanymi do tyłu włosami. Jego oczy posyłały wszystkim groźne spojrzenie, chociaż był to wynik niezamierzony - Stephenowi mimo wszystko przydałaby się regulacja brwi, nie ważne jak bardzo męski by nie był.
Stuknęły jego obcasy i zasalutował.
- Agentko Verdon! Agencie Scott! - Julia przestała na chwilę okładać Jima pięściami. - Przywołuję was do porządku!
- Ale- zaczęła Julia
- Żadnych ale!
- Ale-
- Żadnych ale! - Smith wręcz ryknął, a jego pokaźna pierś (zbudowana z samych mięśni) znacząco się uniosła. Wyglądał jak napuszony, napakowany indor z włosami za trzysta dolarów.
- Aaaaaleeeee! - tym razem było to Gerard.
Podniósł się z krzesła, uśmiechając subtelnie to kapitana. Ten zmierzył go groźnym wzrokiem (albo zwykłym, kto wie, co skrywały te brwi), nie rozumiejąc komizmu sytuacji. W sumie nikt z obecnych prócz Lottie go nie zrozumiał, ale nawet ona się nie uśmiechnęła. Serio?
- Nie dokończyliśmy czytać. - zrobił minę jak zadziorny przedszkolak upominający się o zabawkę. - Mniejsza o to, że tam byłem, ale chciałbym wiedzieć, co dojdzie do opinii publicznej.
Posłał jeszcze jeden piękny uśmiech i kolejny do Lottie. Wydęła policzki i prychnęła.
- Co racja to racja. - przyznał Smith. Zerknął na Julię i Jima. - Te zaloty skończcie sobie kiedy indziej, agent Way ma rację, nie po to tu przyszliśmy.
Julia, zaczerwieniona ze wstydu, zeszła z Jima i otrzepała żakiet. Dookoła leżały przewrócone krzesła, biurko stało krzywo, a na pierwszej stronie dokumentu widniał odcisk jej Nike. Jim preferował Reeboki. Wszyscy wiedzą, że Nike są lepsze.
- Hm. Tak więc. Hm. - poprawiła biurko, oparła się o rant i przymierzyła do czytania. - Jak już kolega Scott ustawi krzesła skończę, gdzie zaczęłam... znaczy się, zacznę, gdzie skończyłam!
Scott pokazał jej język, lecz posłusznie zaczął stawiać poprzewracane krzesła, mrucząc pod nosem coś na temat Julii. Nawet ona nie zwracała na to uwagi.
Kapitan machnął ręką przez otwarte drzwi. Do środka wparowała jego trzyosobowa świta, Mimo, że Smith spokojnie poradziłby sobie ze stadkiem wygłodniałym niedźwiedzi, z niewiadomych przyczyn nigdy nie rozstawał się z ochroniarzami. Lepiej dmuchać na zimne, tak mówił. Ale czy to wszystko było konieczne? Faceci od stóp do głów w czerni, ze srebrnymi zegarkami na prawych nadgarstkach i z słuchawką w lewym uchu z takim śmieszny, zakręconym kablem. Ooo, i każdy z takim samym, pokerowym wyrazem twarzy. Ciekawe czy..
- Zakład, że dam radę ich rozśmieszyć? - spytał lekko zgryźliwie Gerard i wyciągnął rękę do Lottie. Głośno prychnęła.
- Jeszcze czego! - rzuciła nadąsanym tonem i sięgnęła do torebki. Wyciągnęła z niej trzy pełne saszetki i wcisnęła Gerardowi w dłoń. - Ja coś czuję, że ty nie grasz fair. - pogroziła mu palcem. - I jeszcze ci to udowodnię!
Gerard tylko wzruszył ramionami i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Na obrażonej twarzy Lottie pojawiły się słodkie rumieńce. Zastanawiał się, jak ona to robiła, że czuł się przy niej tak swobodnie.
- Agentko Arnold. Agencie Way. - dobiegło ich z boku. Kapitan Smith skinął głową w geście powitania. Lottie odpowiedziała tym samym, niewezwani agenci z tylnych rzędów się skłonili.
- Siemasz, Stephie. - przywitał się Gerard, szczerząc jak idiota.
- Tylko nie Stephie, agencie Way.
- Kiedy to ci pasuje, Stephie!
- Daruj sobie ten sarkazm. - kapitan groźnie ściągnął brwi (a może tylko zmarszczył czoło?).
- Ty daruj sobie tego agenta, tacy poważni nie jesteśmy przecież, no nie? - Gerard próbując opanować sytuację poklepał miejsce obok siebie, zapraszając na nie Smitha. Przyjął propozycję. - Więcej luzu, stary, więcej luzu.
Brwi Smitha powędrowały na właściwe miejsce, a mięśnie ich właściciela lekko się rozluźniły.
Z przodu Julia czytała o szczegółach przygotowań do akcji i środkach wykorzystanych, aby ją przeprowadzić. Co chwila Jum rzucał jakimś pseudo-śmiesznym komentarzem, lecz Julia zgrabnie to ignorowała. Przynajmniej jak na razie.
- O co poszło tym razem? - zapytał Gerarda Smith pochylając się w jego stronę. Ten przestał wcierać sobie zawartość saszetki w dziąsła. Zamlaskał i odpowiedział:
- O Dicka. - wzruszył ramionami, po czy dodał. - Tego księgowego. Jimbo skwitował, Julia dostała szajby i tak dalej.
Lottie mądrze pokiwała głową.
- Może miała rację, ale zachowaniem sama sobie przeczy. - uzupełniła, i tym razem Gerard lekko skinął. - Oni powinni być od siebie odgrodzeni kuloodporną ścianą czy czym.
Smith prychnął z rozbawienia.
Ubogie poczucie humoru, oj ubogie, pomyślał Gerard, zsuwając się w dół krzesła. No ale, przynajmniej miał co robić. Oślinił palec i znowu zanurzył ze wnętrzu saszetki.
Ale..
Coś nie pasowało. I nie tylko on to zauważył. Lottie przestała rozśmieszać kapitana, a on i agenci siedzący z tyłu przestali chichotać. Wszyscy spojrzeli na Julię. Stała z założonymi rękami i złą miną.
- A to ponoć ja jestem chamski. - rzucił Jim.
- Wszyscy wiecie o co chodzi. - dodała Julia. - Więc może nie czytajmy tego, bo to śmieszne, ale, kurwa mać, może byście tak przynajmniej coś podjęli!
- Nie ma czego podejmować, przecież już po sprawie. - odezwał się Trevor, a jego przyjaciele tylko przytaknęli.
- O czyżby? - w głosie Julii słychać było co najmniej lekkie zdenerwowanie. - To wytłumacz mi, dlaczego zastrzeliłeś tych pięciu ochroniarzy, co? Szło ich tylko ogłuszyć, ale nie, nie szło, co?!
Trevor wzruszył ramionami.
- Ręka mi się omsknęła.
- Ręka, czyżby?!
Haru zachichotał.
- Ooch, a ty Wright?! Tobie też omsknęła się ręka z tą panią w recepcji, hmm? A może było to coś całkiem innego, hmm? HMM?!
Od razu zbladł.
- To jest naprawdę jakaś patologia, patologia, mówię wam! - Julia złapała się za głowę, jeszcze bardziej niszcząc swoją fryzurę. - Nie dość, że nie umiecie się opanować na misjach, to jeszcze potem nie słuchacie, a ty, Gerard, mógłbyś przynajmniej nie ćpać przy szefie. Naprawdę..
- Nie ćpam. - Gerard zmierzył ją ostrym wzrokiem. Wyjątkowo przestał się uśmiechać. - Ja jem.
Julia wyglądała, jakby miała zaraz znowu wybuchnąć. Gerard przymknął oczy. No nie, tylko nie znowu, tylko nie na mnie. Z resztą, na kogokolwiek. Nikt nie lubił wkurzonej Julii.
Pięć.
Cztery.
Trzy.
Dwa.
Rozległo się pukanie do drzwi. Wszyscy zebrani, nawet trójka w czerni, westchnęli z ulgą. Ciśnienie zeszło trochę z Julii i pobiegła otworzyć. Mówiła chwilę z osobą za drzwiami, po czym wróciła na swoje miejsce i oparła się tyłkiem o biurko. Westchnęła, łapiąc się ręką za czoło.
- Chyba nasza przyjemna pogawędka będzie musiała trochę poczekać. - powiedziała, przesyconym jadem tonem i z fałszywym uśmiechem.
- Agentko Verdon- zaczął Smith, lecz Julia zbyła go gestem ręki. Była już ze swoją torbą przy drzwiach.
- Sorry szefie, mam coś do załatwienia. Naprawdę nie mogę. - i wyszła.
Zapanowała trochę niezręczna cisza.
Smith odsiedział jeszcze parę sekund, po czym podniósł się z miejsca.
- Myślę, że agentka Verdon wyraziła się jasno. - powiedział, odrobinę zbyt podniosłym tonem jak na tę okazję. Viera mruknęła coś pod nosem. - W każdym razie, prosiłbym, żebyście zajęli się czymś pożytecznym, a jeśli serio chcecie przeczytać to sprawozdanie, zanim pójdzie do obróbki, wystarczy poprosić.
Nikt nic nie powiedział. Rozeszli się w milczeniu.


***


Kiedy otworzył drzwi do swojego gabinetu, od razu uderzył go silny zapach owocowych kadzidełek. Jakby kiedykolwiek chciał je wąchać. Do tego z pomieszczenia biło strasznie mocne światło. Nie za bardzo je lubił, szczególnie po zużyciu całej saszetki od Lottie. Nawet na niego było to trochę za dużo. Czuł lekki, milusi szum w głowie.
I wtedy ktoś mocno złapał go wpół i wciągnął głębiej do środka, jednocześnie zatrzaskując drzwi.
- Och, Gerdie, myślałem, że już cię nie zobaczę! - usłyszał jęk.
Tylko przewrócił oczami i spróbował iść przed siebie. Przyjemny szum w czaszce zniknął, więc trzeba się było zabrać do roboty. Nic innego mu nie pozostawało, szczególnie, że miał jeszcze kilka godzin do wyrobienia.
Ten ktoś złapał go mocniej. Głębiej zapach kadzidełek był jeszcze bardziej nieznośny.
- Tak się traktuje swoją żonę? - Gerardowi zrobiło się trochę niedobrze. - Och, naprawdę, poślę cię zaraz po rozwód, tak, po rozwód, rozumiesz co znaczy to słowo? R-O-Z-W-Ó-D! Nawet ci przeliterowałem!
Wzdrygnął się, lecz dalej próbował dojść do biurka. Naprawdę, chciał teraz popracować, nawet w atmosferze tych cuchnących kadzidełek. Uścisk na jego talii wcale nie chciał słabnąć. Westchnął.
- Wiesz, jak na to zareaguje na to nasza mała Tutti? Wiesz, jak będzie płakać?!
Tego było za wiele.
- Nie wymyślaj imion dla naszych dzieci, bo mi się śniadanie zwróci. - mruknął pod nosem. Uścisk od razu zniknął.
- No w końcu mnie zauważyłeś, cześć, jestem twoją wróżką chrzestną! - powiedział zgryźliwie mężczyzna w ciemnym garniturze.
Miał długie włosy zaczesane do tyłu i dobre metr dziewięćdziesiąt. Gerard ze swoim metrem siedemdziesiąt trzy czuł się przy nim jak krasnal ogrodowy. Ale tylko pod względem wzrostu.
- Co tym razem przerabiamy, Giovanni? Kolejny prawie naprawdę śmieszny romans? - jako że w końcu się uwolnił zajął miejsce za biurkiem. Poczuł się odrobinę pewniej.
- Prawdę powiedziawszy chciałem dziś zaprezentować coś autorskiego. - żachnął się, lecz po chwili znowu się rozpromienił. - Jak było na spotkaniu?
Gerard zbył go machnięciem ręki. Prawdę mówiąc liczył na konkretniejsze dane. Owszem, to było tylko sprawozdanie, ale nie wiedział, że wszystkie, dokładnie wszyściutkie dokumenty poszły z dymem. Myślał, że coś się uchowało. Chociaż mała wskazówka, gdzie szukać. Ale nawet z tym byłoby to jak szukanie igły w stogu siana. Lub nawet czegoś mniejszego.
- Dostałeś dokumenty z akcji? - zapytał, a Włoch pokiwał głową.
- Nic szczególnego. - rzucił i usiadł wygodnie na kanapie w rogu gabinetu. Spojrzał po półkach zapełnionych książkami i segregatorami. - Były jakieś pierduty, żadnych konkretów. Znaczy, wiesz o co mi chodzi. - Gerard kiwnął głową, jednocześnie włączając komputer. - Więc wiesz, z tego się niczego nie dowiedziałem.
Pomasował się po czole i głośno odetchnął. Wyglądał na trochę zmęczonego, lecz Gerard wcale się mu nie dziwił. Od czasu akcji prawie nie zmrużył oka - cały czas szukał czegoś, co mogło by im się przydać.
- Ach, więc to tak. - rzucił niby od niechcenia. Zaczął bawić się małym słonikiem stojącym na biurku. Był jedyną dekoracją, jaką tu zostawił. Reszta wyfrunęła przez okno po pierwszym problemie z uporządkowaniem dokumentów. Ale słonika dostał od Lottie, więc nie mógł się go pozbyć.
- Taa. - Giovanni zaciągnął się owocowym powietrzem. Kącik jego ust lekko drgnął. - Powiem ci, Gee, że jeśli byśmy polegali tylko na tych z wydziału, to nadal byśmy byli z ręką w nocniku. Ale wiesz, ja nie polegam tylko tym.
Oczy Gerarda rozbłysnęły w zaciekawieniu. Giovanni dokładnie wiedział, jak go zainteresować. Z resztą, Giovanni wiedział wszystko.
Widząc zainteresowanie Gerarda, dodał:
- Moja żona ma przyjaciółkę w telekomunikacji, ale mniejsza z tym. Co jest ważne, udało jej się załatwić spis rozmów z pewnym numerem. - kątem oka spojrzał na zaciekawionego Gerarda. Poczekał kilka sekund, żeby go podsycić, po czym znów podjął. - Konkretnie numeru księgowości Child O'mine.
- Używali zarejestrowanego numeru?! - Gerard aż poderwał się z miejsca. Giovanni pokiwał głową. - Co za..!
- Był zarejestrowany na matkę jednego nieważnego członka. Mniejsza z tym. W każdym razie, nie zdziwiło cię, że mieli AŻ tylu ochroniarzy w dniu operacji? - Gerard potarł się po podbródku.
- Sugerujesz, że mieli wtyczkę?
- Też o tym myślałem, jestem geniusz! - Giovanni wybił się z monologu i zrobił głupią minę. - W każdym razie, nie sądzę, aby była to wtyczka od nas. - Gerard przysiadł. Splótł ręce i przyłożył go nich usta.
- W takim razie jest ktoś, ktoś jeszcze, kto chciał ich zaatakować? - zaczął myśleć na głos, jednak od razu pokręcił głową. - Nie, to jest mało prawdopodobne.
- Też mi się tak wydawało, ale to z pewnością nie to. - Giovanni pokiwał głową. - Jeśli ktoś chciałby to zrobić, zrobiłby to z zaskoczenia, a nie dzwoni umówić się na potyczkę...Tylko że nie umiem wpaść na nic innego.
Gerard oparł się na fotelu i próbował zmusić mózg do zwiększenia obrotów. Nie, to nie wyjdzie, wziął za dużo. Zostało mu tylko podejście.
- W takim razie... - zaczął. - Jeśli to nie była wtyczka od nas, ani nikt nie chciał ich zaatakować, ale oni podwoili ochronę.. - Giovanni otworzył szerzej oczy.
- Ktoś nas obserwuje! - podniósł się z miejsca, wypatrując ukrytej kamery.
- Nie, chyba nie to. - Gerard uspokoił go gestem ręki. Myślał dalej. - Małe szanse, już prędzej byłaby to wtyczka od nas, ale to jest bardzo mało prawdopodobne.
- Więc co to było?
Gerard pokręcił głową. Wziął za dużo na raz.
- Na razie nie mogę ci powiedzieć. - wzruszył ramionami i wklikał hasło do komputera. - Ale masz może jakieś jeszcze znaleziska?
- Ach, wybiłeś mnie! - stęknął. - No pewnie że mam, inaczej bym ci o tym nie mówił! - klepnął się w głowę i zwlókł z siedzenia.
Wyjął z kieszeni kartkę i podał Gerardowi. Ten przyjrzał się jej uważnie. Widniało na niej kilka liczb.
- O tej godzinie dokonano telefonu. Połączenie trwało dokładnie minutę i czterdzieści pięć sekund. - Giovanni wskazał liczby u góry. - A o tej - wskazał niższą. - Dick Patterson zadzwonił do szefa.. A o tej jeszcze niżej zadzwonił do jednej z podmiejskich firm ochroniarskich. Wiesz, oni nawet nie mają licencji, a jedyne w czym są dobrzy do walka na gołe i niegołe pięści.
- Czyli Patterson zdenerwował się po tajemniczym telefonie, który, prawdopodobnie, ostrzegł go przed nami. - Gerard podrapał się po brodzie. To nie mógł być wtyk. Przedwczoraj o tej porze wiedzieli o tym tylko on, Julia i kapitan, żadne z nich nie mogło tego zdradzić, a nikt inny nie miał wstępu do gabinetu kapitana. Westchnął. Ale czy ktoś mógł podłożyć podsłuch?
- Dam ci jeszcze dwie ciekawostki, Gerdie, takie, że będziesz miał mokro w gaciach.
Gerard posłał mu zmęczone spojrzenie, lecz pokiwał głową.
- Numer, z którego wykonano połączenie, był na kartę, więc nie wyśledzisz, do kogo należał. - Gerard przytaknął. - Ale udało mi się namierzyć ostatnie logowanie telefonu, zanim wraz z kartą został zniszczony. Ten ktoś stara się nieźle zatuszować...- zrobił chwilę na teatralną ciszę. Spojrzał znacząco na Gerarda. - Zgadnij, z jakiego niewielkiego miasteczka w stanie Wisconsin pochodził sygnał?
Gerard otworzył szerzej oczy. Serce mu zamarło.
- Nie...
- Super, prawda?




Ja osobiście twierdzę, że najwygodniejsze są steele, ale mniejsza z tym. E ciul, idę oglądać DRRR. Ach, i ostrzegam, że akcja nie będzie trzymała się tylko Gerdziołka, ale i innych wymienionych w drugiej części ludków, także proszę się na to psychicznie nastawić. Och well, i nie oczekujcie zboczeństw, tak od razu rzucę.

1 komentarz:

  1. Ten rozdział jest świetny.
    Ale ta Julia jest wybuchowa. Dobrze, że przywaliła temu Jim'owi, zasłużył sobie. Zakłady były zabawne :D No tak, bo po co rozdzielać kolegów jak można popatrzeć i przy okazji obstawić kto wygra.
    Gerard mnie rozwalił. Szef koło niego siedzi, a ten nic sobie z tego nie robi i ćpa przy nim xD
    Ten Giovanni jest dziwny. Nie podoba mi się jego postać, ale może jeszcze zmienię zdanie :)
    Czekam z niecierpliwością na następną część
    Weny!

    OdpowiedzUsuń